Znieczulenie na znieczulicę

23/12/2015, Katarzyna Błaszczyńska

Nie, to nie będzie artykuł z serii tych, które żalą się w swej treści na szerzącą się wokół, jakże niesprawiedliwą, znieczulicę. Na rosnącą wśród różnych warstw społecznych obojętność, stawiającą drugiego człowieka w przegródce „Nigdzie”, albo „Mam cię gdzieś”. Ani taki, który będzie mobilizować w swym zamiarze do czynnej, chętnej i bezinteresownej pomocy bliźniemu. Będziemy raczej zastanawiać się, dlaczego ludzie wolą postrzegać siebie nawzajem jako znieczulonych na cudze cierpienie, zamiast zobaczyć ile w nas, w innych jest dobra i odważnie wyciągniętych dłoni.

Vivaldi bez widowni

Każdy z dwunastu profesjonalnych muzyków, tworzących orkiestrę kameralną, stroi uważnie swój instrument. Sala, w której przebywają jest niewielka, więc każdy z nich ma dla siebie tylko mały kącik. Najtrudniej rzecz jasna ma kontrabasista, którego instrument zajmuje niemal połowę pokoju. Kiedy są gotowi wychodzą z sali na, wcale nie większy, skromny korytarz i zajmują swoje miejsca przy ciasnych pulpitach, sprawdzając jednocześnie czy aby na pewno nie uderzą smyczkiem kolegi obok. Po chwili gdy nastaje cisza, dyrygent daje znak i cała dwunastka odświętnie ubranych, wzajemnie dostrojonych, skrzypków, altowiolistów, wiolonczelistów i kontrabasistów, rozpoczyna koncert „Czterech pór roku” Vivaldiego. Przed nimi ściana, za nimi ściana, widzów nie ma, a przynajmniej ich nie widać, zresztą nie byłoby tu dla nich miejsca – wygląda to jak jakaś generalna próba orkiestry smyczkowej z niewiadomych przyczyn odbywająca się w małym holu. Tylko pozornie – znajdujące się nieopodal wąskie schody prowadzą piętro niżej do prawdziwych widzów, w większości leżących samotnie w swoich salach pod głośnikami, rozprowadzającymi „Wiosnę” – pierwszą część koncertu – po całym oddziale. Niektórzy z nich mają to szczęście i wysłuchują koncertu wraz z odwiedzającą rodziną, ktoś inny ma siłę, by podnieść się z łóżka i na nim usiąść, a jedna staruszka wychodzi z sali, choć ledwo może powłóczyć nogami, żeby tylko „Zobaczyć państwa muzyków”.

Tak wyglądał koncert charytatywny w jednym z katowickich domów hospicyjnych. Profesjonalni filharmonicy, którzy swój wolny czas poświęcają, by w tym okresie „okołoświątecznym” podarować trochę nadziei tym, których nie znają, a którzy tej nadziei są pozbawieni. Być może takim wydarzeniom nie przyglądamy się codziennie i nie uczestniczymy w nich każdego dnia, ale trzeba mieć oczy doszczętnie zasłonięte, by nie dostrzegać tak szerokich gestów miłosierdzia. Jest ich przecież mnóstwo wokół, więc nie dajmy się zaszczuć i zastraszyć polityce głośnego mówienia o wszechobecnej znieczulicy i zobojętnieniu.

Czwarta ściana

W teatralnym slangu funkcjonuje, dobrze znany wszystkim pracownikom i co po niektórym widzom, termin „czwartej ściany”. Ponieważ pozostałe trzy ściany zazwyczaj symbolicznie wyznaczają teren poruszania się i gry aktorów, czwarta – zamykająca kwadratową bądź prostokątną formę sceny – oznacza barierę znajdującą się pomiędzy ostatnim centymetrem proscenium, a pierwszym rzędem widowni, czyli nie mniej nie więcej, jak po prostu odgradzającą aktorów od widzów, czy też odwrotnie. W przypadku, gdy sztuka zmusza aktorów do skupienia się li tylko na jej okolicznościach, a widz staje się „podglądaczem” całej historii, mówimy o istnieniu czwartej ściany; gdy jednak aktorzy nawiązują kontakt (czy to słowny, czy wzrokowy) z widzami lub nawet wciągają ich na scenę zachęcając do działania, wtedy mamy do czynienia z jej brakiem. Oczywiście niekiedy, atakowany przez aktora i jego postać, widz nie chcę nawiązać żadnej interakcji, jednak nie zmienia to faktu, że mur „czwartej ściany” został już zburzony.

A tak niewiele trzeba, by zburzyć mur…

Mam wrażenie, że w naszym codziennym życiu, my też czasami stawiamy sobie takie „czwarte ściany” – otwieramy własne klapki, przestrzenie do działania i obserwowania na to co chcemy, co jest wygodne i często już znane. Nie mam tu bynajmniej na myśli tylko tego, o czym wszyscy trąbią dookoła – że skupiamy się na sobie, nie patrząc na problemy innych. Raczej chciałabym zachęcić do zobaczenia ile wokół nas, wśród nas i w nas jest dobra, ile dzieje się spraw podnoszących na duchu. Wspomniani wyżej muzycy dosłownie i w przenośni grali do czwartej ściany. Przecież nie tylko przyjechali, poświęcając swój wolny czas, ale byli koncertowo ubrani, pomimo iż widzowie i tak ich nie oglądali; nie odpuszczali żadnej nuty, bacznie śledząc ruchy batuty dyrygenta, mając świadomość, że prawdopodobnie większość pacjentów w stanie terminalnym, niewiele z koncertu może wynieść. Ich zaangażowanie jest godne podziwu i wiem o tym na pewno – stać na nie każdego z nas!

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!