Z tęsknoty za kreplami

22/06/2016, Katarzyna Błaszczyńska

Z tęsknoty za kreplami, czyli jak Pan Jezus wmieszał się produkcję pączków

Powrót do minimalizmu

W pewnym mieście na pewnej ulicy pod pewną kamienicą reklamuje się nowo powstająca lodziarnia. I wydawałoby się lody to lody, nic nowego, żadne odkrycie, można kupić je wszędzie i jakie tylko się chce – na patyku, wodne, owocowe, na gałki, amerykańskie, z czekoladą, posypką oraz włoskie. A tu nagle niespodzianka. Lodziarnia się otwiera i już pierwszego dnia kolejki na kilometr, a z dnia na dzień sznureczek oczekujących na słodkie orzeźwienie wydłuża się – w weekendy bądź upały do dwóch kilometrów, a w upalne weekendy to już lepiej nie mówić. Kilka przecznic dalej otwiera się pączkarnia. Pączki jak pączki, wydawałoby się że te tłuste zupełnie nie fit kreple już dawno wyszły z mody (zastąpiły je sojowo-ziemniaczane z jarmużem i melasą), a tu znowu zaskoczenie – sznureczek zawija i wychodzi na wiele metrów poza witrynę ociekającą oparami na bieżąco wysmażanych słodkich bomb kalorycznych. Parę ulic dalej restauracja wege – i choć moim zdaniem jedzenie średniej jakości, zawsze tam stoisz w kolejce. A przecież to centrum miasta i knajp gdzie możesz zjeść (także coś z zieleniny) pod dostatkiem. Ale tutaj jest coś więcej, tutaj jest… TYLKO wege, nie masz do wyboru z mięsem i bez, jest wege i tylko wege. A tam są tylko pączki, nie że cukiernia, a w niej drożdżówki, francuskie, z serem, makiem, kruszonką, babeczki z kremem i owocami, tu kupisz tylko pączki. A w lodziarni tylko lody, nie ma rurek z kremem, kawy czy koktajlu. Są lody. I to pięć smaków. Nie czterdzieści.

PRL znów na topie

Na pewno w Waszych miastach na Waszych ulicach są też takie miejsca. Zastanawialiście się kiedyś skąd ich ogromny sukces i powodzenie? Dlaczego w dobie zakupów przez internet z dostawą do domu jeszcze tego samego dnia, decydujemy się stać w długaśnej kolejce rodem z prl-u, żeby dostać to coś? Czyżbyśmy byli tak bardzo spragnieni i stęsknieni tego co wyjątkowe, jedyne, a przede wszystkim czegoś, na co trzeba zasłużyć, wystać sobie, poświęcić czas, zatrzymać się i zwyczajnie zaczekać…?

C.D.N…

Tu właściwie mogłabym zakończyć artykuł, bo już przecież wiadomo o co chodzi. Żyjemy w pędzie i wszystko jest masowe, więc miejsca spersonalizowane i ludzie, którzy tworzą coś z pasją wracają powoli do łask. Ale pociągnijmy myśl dalej. A my? A ja? Czy tworzę coś wyjątkowego, czy daję od siebie coś tylko mojego, czy mam na sobie naklejony znaczek: „Tu zawsze otrzymasz ciepłe słowo”, albo: „Tutaj sprzedaje się tylko szczery uśmiech”…? Chciałabym tak. A myślę, że jednak częściej dostaję naklejkę: „Trudny charakterek”, albo „Patrzy na mnie spod byka”. Myślę, że chyba każdy z nas chciałby mieć coś takiego swojego, jedynego, tylko jemu charakterystycznego co go wyróżnia i najlepiej jeśli jest to godne podziwu czy pozazdroszczenia. Jesteśmy trochę jak knajpy serwujące różnorodne jedzenie – czasami smaczni, a czasem nie. A kolejki ustawiają się do tych monochromatycznych, którzy zawsze są nie tylko smaczni, ale i apetyczni. Tak często, rozmieniamy się na drobne, jeśli wiecie o czym mówię, że jesteśmy dobrzy lub poprawni w wielu sprawach, ale perfekcyjni w żadnej.

Aktor też człowiek

Pewien aktor, którego nazwiska nie wymienię, gdyż znany jest w naszym kraju z niejednej roli, podczas pracy roztacza wokół siebie takie ciepło, poświęca innym tyle uwagi, że każdy kto się z nim styka, czuje się prawdziwe doceniony i potrzebny, czy wręcz niezbędny. Ci, którzy z nim pracują chcą z nim przebywać, gdyż w jego towarzystwie czują się naturalnie, swojsko, jak w rodzinie. Wydaje mi się, że to niezmiernie rzadka umiejętność, a już na planach filmowych to chyba na wyginięciu. Marzy mi się, żeby kiedyś kimś takim się stać – o ile w ogóle można do czegoś takiego dojść poprzez staranie, a nie wrodzone predyspozycje. Wierzę jednak, że wymaga to po prostu przekierowania naszej uwagi z siebie na ludzi obok i dostrzeżenia ich walorów.

Jak z „ja” przejść na „ty”?

Okazuje się jednak, że nie jest to takie proste. Przyznam się, że wiele razy próbowałam odrobinę przestawić swoje myślenie na bardziej altruistyczne i owszem, nieraz nawet mi się udawało, nie jest mi w końcu obca pomoc innym czy troska o nich. Ale zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę i tak zawsze w centrum swojego działania jestem JA. Jakkolwiek nie walczyłabym o TY, albo ON czy ONA, zawsze gdzieś po głowie kręci się myśl, jakże próżna, czy ktoś dostrzeże MOJE dobre intencje, albo jak to miło że było MNIE na to stać lub cieszę się, że wśród tylu SWOICH obowiązków znalazłam czas na to czy tamto. Być może tak nie macie i to po prostu we mnie tętni pełnym życiem egoizm, albo może i nawet nie egoizm, tylko jakaś uporczywa cecha charakteru, która nie pozwala mi na to, by na chwilę stanąć obok siebie i prawdziwie spojrzeć na bliźniego swego. Zresztą jest to przecież, podobnie jak rozdawanie prezentów, bardzo przyjemne. A więc wychodzi na to, że Święty Mikołaj musi być najszczęśliwszym ze wszystkich.

Nie wiem jak to się stało, że od pączków i lodów doszliśmy tutaj, najwidoczniej wszystkie drogi prowadzą do… Niego. I nie mam tu na myśli Świętego Mikołaja.

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!