Wish You Were Here

19/10/2015, Dorota Blumczyńska

Wish You Were Here

Od kilku tygodni z różnych stron docierają do mnie sygnały mówiące o tym, jak bardzo ludzie są samotni. Wiem – zaczynam wypowiedź truizmem, ale nie przestawaj czytać, pozwól mi rozwinąć myśl. Korzystam jeszcze z popularnego kiedyś Gadu-Gadu i dostrzegam, że dzieje się coś, co kiedyś nie miało miejsca. Nie ma dnia, żebym nie dostawała choć jednej wiadomości od zupełnie obcych ludzi. Ludzi, którzy chcą się umówić na randkę, na seks, chcą, żeby ocenić ich wygląd lub najczęściej chcą po prostu porozmawiać. Usłyszałam też niedawno od znajomej, że „dojrzała kobieta wie, że przyjaźń z innymi kobietami nie istnieje i radzi sobie z tym”. Wreszcie wpadła mi w ręce książka Sny o Utopii – w poszukiwaniu dobrego życia Tobiasa Jonesa. Jej niepisaną, najważniejszą tezą jest to, że wspólnota stała się w dzisiejszym świecie utopią, że nie istnieje poza pewnymi określonymi i dość egzotycznymi, zamkniętymi grupami, bo nawet religia jest toczona przez wszechobecny konsumpcjonizm.

Jak to się stało, że doszliśmy w naszej historii do momentu, w którym ludzie są tak bardzo samotni, że zaczepiają obce, anonimowe postaci w sieci? Nie wierzą już w bliskość, nie potrafią tworzyć więzi, a pojęcie wspólnotowości odchodzi do lamusa. Czemu część z nas nie potrafi znaleźć tego, co w XX stuleciu przez większość psychologów było uważane za podstawę dojrzałej osobowości – czyli bliskiej, intymnej relacji z drugim człowiekiem?

Mit indywidualizmu

Czy nie jest tak, że my, którzy mamy dzisiaj trzydzieści (lub mniej) lat, w pewnym sensie wychowaliśmy się w tyranii indywidualizmu, czyli postawie, w której ważny jesteś Ty, Twoje potrzeby, Twój rozwój, Twoja przestrzeń, Twoje zdanie? Z szacunku do siebie musisz być niezależny i asertywny. Jednak szacunek do innych nie obliguje Cię do żadnych stałych zachowań – to już wyłącznie kwestia Twojej dobrej woli. Jeśli rezygnujesz z siebie i swojej przestrzeni na rzecz innego człowieka, możesz śmiało czuć się winny – wówczas zaniedbujesz swój rozwój, ograniczasz swoją przestrzeń, krzywdzisz siebie brakiem asertywności, co z całą pewnością doprowadzi Cię do frustracji. Indywidualizm, który miał być wyzwoleniem, lekiem na nadmierne uwikłanie w relacje społeczne, w zbyt wielkiej dawce stał się trucizną. Powoli stajemy się zatomizowanym społeczeństwem, niezdolnym do przekazywania sobie nawzajem dobra i miłości. No chyba że za pomocą dobroczynnych fundacji, na których rachunek bankowy przekazujemy pięć złotych, a one już zrobią resztę za nas.

Relacje bez głębi

Większość naszych relacji z ludźmi opiera się na tym, co nas w danej chwili łączy – zamiłowaniu do kina czy sportu, studiach, pracy, wspólnych imprezach albo podobnym zdaniu o aktualnie modnej i dyskutowanej publicznie kwestii. Nie wchodzimy głębiej, nie docieramy do samego człowieka, nie szukamy jego uczuć, nie staramy się poznać jego duszy. Gdy to, co nas łączyło, z jakiegoś powodu znika, zmieniają się nasze cele, wówczas rozpadają się też relacje, bo być może pod wierzchnią warstwą nie było nic więcej.

Sarkazm i strach przed bliskością

Gdy poznajemy nowe osoby, często nie jesteśmy sobą. Boimy się odkryć za bardzo, bo ten, kto pierwszy to zrobi, może wystawić się na atak ironicznych uwag. Chowamy się więc za fasadą sarkazmu i ironii. W efekcie komunikujemy się na poziomie płytkich żartów i nie rozwijamy relacji. Nie chcemy się też narażać na oceny, albo zostać zmuszonymi do rywalizacji. A przecież, żeby rozmawiać o prostych, codziennych sprawach, potrzebujemy pewnego poziomu bliskości i bezpieczeństwa, opartego na tym, że ktoś nas akceptuje, rozumie, nie ocenia i nie wyśmiewa. Bojąc się, że tego nie dostaniemy, wolimy wycofać się z relacji, zanim przejdzie ona na głębszy poziom.

Pęd życia

Nie chodzimy już wieczorami do sąsiadki na kawę – umawiamy się z miesięcznym wyprzedzeniem, przecież inaczej się nie da. Mamy pracę, rodzinę, kościół, pilatesy, jogi, lekcje angielskiego… i dwa wolne wieczory w tygodniu, z których jeden dobrze byłoby wykorzystać na posprzątanie domu, a drugi na to, by paść z wycieńczenia po tym szaleńczym maratonie. Może trochę przesadzam, ale przecież wszyscy ciągle powtarzamy, że brak nam czasu.

Wirtualny świat

Jesteśmy w stałym „kontakcie”, dwadzieścia cztery godziny na dobę podłączeni do Facebooka, wysyłamy Snapchaty albo MMS-y zamiast zadzwonić i powiedzieć: „Jestem nad morzem, jest pięknie, wish you were here”. Mamy tyle możliwości kontaktu, ale nie wykorzystujemy ich. Potrafimy spędzić dwie godziny na Facebooku, zamieniając kilka żartobliwych półsłówek i rozdając szczodrze nasze „lajki”. O ile więcej moglibyśmy komuś przekazać, poświęcając 20 minut na napisanie do niego maila. A co zrobilibyśmy z dwoma godzinami przy PRAWDZIWEJ kawie z przyjacielem?

Być może powyższy opis rzeczywistości wydaje się przesycony goryczą i smutkiem.

Co więc możesz zrobić, aby wyrwać się z tego zaklętego kręgu?

Zwolnić, zamiast stale przyspieszać. Nie możesz z niczego zrezygnować? Nieprawda. Zawsze możesz, nie wszystko jest konieczne. A może mógłbyś robić zakupy na cały tydzień, żeby nie tkwić codziennie w kolejce w supermarkecie? Może ugotować obiad na dwa dni? A gdyby tak w swoje aktywności włączyć jeszcze kogoś? Moglibyście wspólnie jeździć do pracy, ugotować razem obiad, uczestniczyć w zajęciach, na które już chodzisz, lub chociażby upiec razem świąteczne ciastka.

Odłączyć się od sieci. Jeśli czujesz, że to pożera zbyt wiele Twojego czasu, może usuń ze swojego telefonu takie aplikacje jak Facebook. Korzystaj z komputera w sposób zaplanowany i określ, ile czasu faktycznie na to potrzebujesz.

Otworzyć się i pomagać otwierać innym. Kiedy byliśmy dziećmi, nie przestawaliśmy biegać, dlatego że obtarliśmy kolanko – bieganie przynosiło nam zbyt wiele radości. Dlaczego więc teraz tak bardzo boimy się zranień? Czy chcemy pozwolić na to, żeby potencjalny ból odebrał nam całą radość? Otwórz się i pamiętaj, że inni też się boją. Próbuj ułatwiać innym nawiązywanie relacji: odrzuć nadmiar sarkazmu i ironii, okaż ciepło, zainteresowanie, aktywnie słuchaj.

Dbać o relacje, które już mamy. Nie zapominaj o starych przyjaciołach, również tych, z którymi nie widujesz się już na co dzień. Nawet jeśli masz mało czasu, jeśli myślisz o kimś – daj mu o tym znać, choćby wysyłając krótką wiadomość. Zapraszaj; nie zrażaj się tym, że kolejny raz to Ty wychodzisz inicjatywą. Jeśli źle się z tym czujesz, powiedz o tym: „Miło by mi było, gdybyś też czasem mnie zaprosił, bo boję się, że tylko mi zależy na naszej relacji”.

Zmienić sposób komunikacji. Mniej pisz, więcej dzwoń, a jeśli już piszesz, staraj się używać całych zdań, nie nadużywaj emotikonów i obrazków – niech będą uzupełnieniem wiadomości, nie jej treścią. Nie opowiadasz o sobie z lęku przed zanudzeniem słuchaczy? A może oni nie opowiadają, bo boją się tego samego?

Być elastycznym. Poświęć czasem swoje plany, spotkaj się pomimo zmęczenia, włóż trochę wysiłku w relację!

Dużo? Tak i nie. Tak, bo może coś zmienić. Nie, bo jeśli zacznie działać, szybko wejdzie Ci w nawyk. A może chcesz coś do tego dodać?

„Nasza relacja do Boga nie jest odniesieniem religijnym do jakiejś dającej się pomyśleć, najwyższej, możnej i najlepszej istoty – to nie jest prawdziwa transcendencja. Nasza relacja do Boga jest nowym życiem w byciu-dla-innych, w uczestniczeniu w bycie Jezusa. Tym, co transcendentne, nie są jakieś nieskończone i nieosiągalne zadania, lecz konkretnie dany nam i osiągalny bliźni”. –  Dietrich Bonhoeffer

Dorota Blumczyńska

Dorota Blumczyńska

Dorota Blumczyńska

Prywatnie żona Bartka i mama małej Łucji. Skończyła teologię w Ewangelikalnej Wyższej Szkole Teologicznej i psychologię w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Obecnie mieszka we Wrocławiu, gdzie większość dnia poświęca na opiekę nad córką i domem. Resztki czasu próbuje przeznaczać na kontemplowanie świata i pisanie o tym. Wielbicielka przyrody, ziół i dobrych opowieści.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!