Tętno domu

31/03/2015, Lucyna Bujok

Każdy dom ma swój rytm, tempo, atmosferę. Jako budynek chłonie różnorodne nastroje swoich domowników, mieszankę osobowości i temperamentów, dynamikę relacji, błogie symbiozy i groźne konflikty. Dom żyje. Nieraz jego sercem jest stół. Tak, z doświadczenia i obserwacji subiektywnie wnioskuję, że stół to serce domu. Wokół niego kręci się codzienność i nie chodzi tylko o jedzenie, choć na pewno stół ten zazwyczaj umiejscowiony jest bardzo blisko kuchni 🙂

Prawie jak kozetka

W moim rodzinnym domu stoi duży stół, który – po rozłożeniu – staje się stołem wielkim. Posiadanie sporej rodziny zobowiązuje. Podczas rodzinnych spotkań można sobie wybrać miejsce do siedzenia, jednak mamy już utarte, rzekłabym bezpieczne schematy i konfiguracje – wiadomo, kto siądzie obok babci, gdzie najmłodsze kuzynostwo, a gdzie goście niecodzienni. Wiemy, kto pierwszy przesiądzie się na kanapę, kto będzie zbierał brudne naczynia, a kto nakrywał „do kawy”. Raczej nam się to nie nudzi, poza tym zawsze można wziąć swój kubek i przysiąść się do wybranego rozmówcy.

Stół jest dla mnie meblem niemal diagnostycznym. Zarówno w powtarzalnej codzienności, jak i w trakcie okolicznościowych spotkań można zauważyć, kiedy ktoś nie siada ze wszystkimi, tylko trzyma się z boku, kiedy ktoś je w milczeniu albo przejawia nadzwyczajną żywotność. Mamy siebie jak na dłoni, a że widujemy się w miarę często, wszelkie zmiany notujemy w głowie, nierzadko potem wracając do nich w rozmowach. Wiemy już, co to znaczy mieć „puste miejsce przy stole” i szczególnie przy okazji Świąt wspominać, że kiedyś było nas więcej. Z drugiej zaś strony co jakiś czas wyciągamy na stół dodatkowe nakrycie, witając nowych członków rodziny (bądź też aspirujących na takowe stanowisko;)).

Siądź przy mym stole i odpocznij sobie

Siedzenie przy stole to jakby stanie w kręgu. Równoczesne pochylanie się nad czymś, bycie ze sobą, to, czerpiąc ze słownika terapeutycznego, wspólne pole uwagi. Dlatego stół jest ważny! I na pewno warto o niego dbać, nawet jeśli w ferworze codziennych zajęć udaje nam się wspólnie usiąść przy nim tylko na jeden posiłek czy krótką kawę. Nawet jeśli nie wszyscy domownicy wspólnie obiadują, to zazwyczaj w ciągu dnia siada się przy stole chociażby we dwoje. Warto zastanowić się tak zwyczajnie, technicznie, co lubimy mieć na stole. Ja zdecydowanie kwiaty! I różne pyszności do podjadania. Oczywiście ładny obrus, do tego fajne podkładki pod talerze. Lubię sklepy z wyposażeniem domowym, nawet jeśli wychodzę z nich tylko z kolorowymi serwetkami w torbie. Lubię kompletować, planować, co będzie na stole i tworzyć z tego przyjemny oku obraz, tak, żeby sam widok stołu zachęcał do odpoczynku przy nim. Jeśli w domu stoi stół i spędza się przy nim znaczącą ilość czasu, to życie rodzinne ogniskuje się wokół niego. Nieraz mebel ten jest świadkiem podejmowania naprawdę trudnych decyzji, odbywania poważnych rozmów. Trudno czasem usiąść razem do stołu, zatrzymać się w ciągu dnia po to, żeby po prostu pobyć z drugą osobą, spojrzeć w oczy, porozmawiać bez zbędnych frazesów i fałszywych masek na twarzach. Stół, jego stan może być miernikiem naszego samopoczucia, a zarazem znacząco na nie wpływać.

Przy stole z Bogiem

Przychodzenie do stołu kojarzy mi się również z wydarzeniami mającymi miejsce podczas ostatniej wieczerzy paschalnej Jezusa z Jego uczniami. Pan Jezus chce, żebyśmy wspominali Go poprzez godne spożywanie chleba i wina. W Jego ciele i krwi mamy posilenie, uzdrowienie, ukojenie. To niesamowite, że możemy razem, wspólnie (zatem relacje między nami też mają tutaj znaczenie) przyjść do Stołu, przyjmując albo przekazując sobie nawzajem namacalną Dobrą Nowinę.

Codzienne spotkanie z Bogiem czasem niebezpiecznie dryfuje (z naszej tylko winy) w stronę przyzwyczajenia, obowiązku, wypełniania zakonu, odhaczania „cichego czasu”. W relacji z Bogiem przeżywamy chwile Jego ogarniającej obecności, ale bywa też, że nie czujemy Go tak blisko, jakbyśmy chcieli, bądź sami z różnych względów oddalamy się od Niego. Nic jednak w tak potężny sposób nie zmieni naszej rzeczywistości, jak codzienne zapraszanie Boga do niej. Trzeba zadbać o miejsce spotkania, o czas, spokój, a potem po prostu z Bogiem być, być duchem, słowami, myślami, całym sobą. A potem zaprosić Go do wspólnego stołu. Lepszego Gościa nie można sobie wymarzyć.

Biorąc Boga na serio, nie można upchnąć Go w niedzielne mury kościoła, stykać się z Nim jedynie na święta lub powierzać Mu tylko co trudniejsze sprawy. Nie można podzielić swojego życia na sferę świętą i nieświętą, coś mieć dla Boga, coś dla siebie, przy Nim być kimś innym niż przy ludziach. Dobra, może i można, ale na dłuższą metę nie ma to sensu, nie da to nam spójności i integralności, które są nam w życiu niezbędne. I nie o to chodzi w świadomym życiu z Bogiem. Zapraszając Boga do stołu – naszej codzienności, chwil zwykłych i niezwykłych, błahych i dramatycznych, do relacji z innymi, w końcu do myślenia o sobie samym, o swojej tożsamości, marzeniach, troskach, wyzwaniach i odpowiedzialnościach, dajemy szansę na zaistnienie czegoś całkiem nowego. Na kreowanie całkiem nowej rzeczywistości. Zapraszając Boga do siebie tak naprawdę pozwalamy się Mu ugościć. Myślę, że nie ma lepszej rzeczy niż być gościem, a co za tym idzie – dać się odnaleźć jako ukochane dziecko samego Stwórcy i Króla Wszechświata!

Lucyna Bujok

Lucyna Bujok

Lucyna Bujok

Niespokojnie kontemplująca życie żona i mama dwójki, z wykształcenia psycholog, z Bożej łaski - Jego dziecko.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!