Sto lat… kredytu

05/08/2016, Katarzyna Błaszczyńska

Kiedy, jakiś czas już temu, przygotowywałam się do swojego ślubu, koleżanki ze świadkową na czele, zorganizowały mi powszechnie znany wieczór panieński. I byłby to pewnie wieczór jakich wiele, gdyby nie fakt że skończył się na pogotowiu ratunkowym gdzie czekałyśmy na zszycie jednej z dziewcząt.

Na nową drogę życia

Ale ja nie o tym, nie o tym… Jednym z punktów owego wieczoru, a raczej popołudnia, było zadanie przeznaczone dla mnie, które polegało na zebraniu jak największej liczby podpisów na własnej koszulce od ludzi przypadkowo mijanych na ulicy. Żeby nadać temu jakąś formułę, prosiłam napotkanych przechodniów, aby wpisywali mi życzenia na nową drogę życia. Podpisy zazwyczaj były dosyć tendencyjne (może poza nieco „zrobionym” już panem wystającym nieustannie pod moim blokiem, który koślawymi literami napisał: „Nie rób tego”, a pod spodem dodał: „GKS Katowice”), jeden natomiast wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Podeszłam do kobiety, może kilka lat starszej ode mnie, powiedziałam że wychodzę za mąż i poprosiłam o jakiś drobne życzenia. Podając jej marker zobaczyłam na jej twarzy ogromne zasmucenie, którego nie dostrzegłam wcześniej. Pani zrobiła żałosną minę i z nieudawaną przykrością stwierdziła: „Ale ja nie wiem czego mogłabym życzyć”. Widziałam, że naprawdę ją to zaskoczyło i zasmuciło, więc chciałam jej pomóc, zaczęłam nawet jej podpowiadać jakie życzenia w takich okolicznościach się składa. Kobieta jednak na nic nie mogła wpaść, choć widziałam jak bardzo się starała. W końcu zabłyszczały się jej oczy, uśmiechnęła się nawet i z nieukrywaną dumą powiedziała: „Wiem! Żeby kredyt był”.

No comment

Tu właściwie mogłabym skończyć artykuł i nie komentować tego co powyżej, gdyż puenta mówi sama za siebie. W pierwszej chwili chciałam poprawiać tę kobietę, że chyba się pomyliła i miało być „żeby kredytu NIE było”, ale szybko zrozumiałam nasz odmienny punkt widzenia. Dotarło też do mnie w jakim dobrostanie żyję, skoro dążę do spełniania swych (i mojej rodziny) potrzeb oraz marzeń, jednocześnie pozostając niezależną finansowo. Oczywiście pragnienie niezależności ma w moim przypadku podłoże zgoła nie tylko finansowe, jednak w tej sytuacji skupiłam się właśnie na nim. Naturalnie, idąc głębiej, pracuję, a w pracy jestem zależna od szefa, a gdybym nie zgadzała się na tą zależność, mogłabym pracę utracić i wtedy nie było by mowy o żadnej niezależności finansowej. I tak dalej i tak dalej. Nie jestem panem swojego życia, zrozumcie mnie dobrze. Po prostu jestem w grupie tych szczęśliwców, którzy robią wszystko, żeby kredytu nie brać, aż tu nagle spotykam osobę, dla której bankowa pożyczka to nie tyle norma i codzienność, ile MARZENIE.

Niekończąca się historia

Jakiś czas temu poznałam inną kobietę. Skarżyła się na to, że po zmianie dyrektora w jej firmie, najpierw została przeniesiona na niższe stanowisko, a następnie zwolniona. Przy okazji tej rozmowy powiedziała, że najgorszy w tym wszystkim jest nieubłagany kredyt. Wzięła pożyczkę, jak wielu moich znajomych, we frankach, licząc na niski kurs. Przyznała się, że po bodajże dziesięciu latach regularnej spłaty kredytu, zostało jej jeszcze więcej niż było na początku. Absurd? Oczywiście znała ryzyko brania pożyczki w zagranicznej walucie, nie tylko ją to dotknęło. Ale pomijając kwestię franków, czy nie uważacie, że to jest jakieś wyjątkowo nieludzkie, żeby całe życie finansować coś, co w ogóle nie należy do nas, by na kilka lat przed śmiercią cieszyć się (o ile udało się spłacić wszystkie raty) nabyciem mieszkania, które już zaraz i tak nie będzie nasze?

Z pokolenia na pokolenie

Ja wiem, że nie odkrywam Ameryki i cechuje mnie w tej wypowiedzi wyjątkowa naiwność, ale wydaje mi się że kiedyś było łatwiej. Domy budowano wspólnie, wzajemnie sobie pomagając, jakoś tam kombinując materiały i wymieniając się tym co kto ma, a rodziny mieszkały pokoleniowo, trzy, czasem i cztery pokolenia jednocześnie. Przekazywano sobie doświadczenie i użyteczne informacje, których teraz szukamy po „internetach”. Domyślam się, że musiało to być trudne, życie odznaczało się dużo większą skromnością, a akceptacja gromady ludzi, skupionych na jednym obszarze wymagała ogromu cierpliwości i wyrozumiałości. Sama, przy całym szacunku dla moich rodziców, nie wyobrażam sobie – po około 12 latach samodzielnego życia, zamieszkania z nimi z powrotem pod jednym dachem.

Czy musimy żyć na kredyt?

Nie chcę się mądrzyć, bo ani nie jestem specem od finansów, ani żaden ze mnie socjolog, ale zastanawiam się czy czasy, w których żyjemy nie napędzają „polityki własności” – musisz mieć swoje mieszkanie, swój samochód, swoją wypasioną deskę surfingową. To co posiadasz określa twój status. A tymczasem deskę można wypożyczyć na wczasach, a do pracy czasem bardziej opłaca się jeździć tramwajem. Producenci i deweloperzy nęcą nas atrakcyjnym zakupem, a ofert kredytowych o „niskim” oprocentowaniu nie brakuje – wszystko wydaje się być łatwe, szybkie i bezproblemowe. Mnie się zdaje, że brakuje nam (mam na myśli ogół jako pokolenie) umiejętności oszczędzania, a przede wszystkim gospodarowania pieniędzmi i tego pewnie moglibyśmy nauczyć się od naszych dziadków, którzy w większości mieli w tym niezłą wprawę w trudnych latach wojennych czy powojennych. Tak często chcemy mieć to na czym nam zależy TERAZ, bez konieczności czekania, oszczędzania, zbierania, starania się. A więc kupujemy na wyrost. Bo dziś to jest w promocji, a jutro nie będzie. Bo muszę koniecznie to mieć i najlepiej od razu. Bo inni to mają i jakoś głupio tego nie mieć. Bo bez tego na pewno nie dam rady. Kupujemy na raty, a potem… jakoś to będzie – myślimy.

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!