Od jutra biorę się za siebie

04/01/2016, Katarzyna Błaszczyńska

Jedna para nóg

Co sprawia, że noworoczne postanowienia tak często spełzają na niczym? Dlaczego tak ogromna ilość naszych planów, marzeń i stawianych sobie samym wyzwań pozostaje tylko w naszych zamierzeniach i zostaje odłożona na potem, zapomniana, albo wręcz przeciwnie – wyciągnięta na światło dzienne jako porażka. W moim skromnym mniemaniu, dzieje się tak dlatego, że zbyt wiele narzucamy na swoje barki i za dużo od siebie wymagamy – tak często pragniemy wchodzić na kilka szczytów jednocześnie. A przecież mamy tylko jedną parę nóg!

Schudnę, rzucę palenie, nauczę się włoskiego, napiszę wreszcie tę magisterkę, albo osiągnę wyższy wynik w pracy, zdobędę premię, w ogóle zmienię pracę na lepszą, zrobię kurs baristy – hobbystycznie oczywiście, bo zawodowo – pojadę na staż do Londynu, może znajdę sobie dziewczynę na stałe… Do pełni szczęścia i spełnienia brakuje tylko napisać książkę, wydać płytę i rowerem objechać całą Europę. Sama stawiam sobie wyzwania często nie będące jak się później okazuje w moim zasięgu, bo wychodzę z założenia, że lepiej zaplanować więcej niż mniej, jednak na to wszystko najzwyczajniej w świecie pewnie nie starczyłoby kilku lat, co dopiero jednego roku. Co więcej zazwyczaj chcemy te wszystkie postanowienia zrealizować TERAZ, więc siłownie i fitnessy w styczniu pękają w szwach, a sprzedaż tytoniu na kilka dni maleje.

W poniedziałek idę na dietę

Jednak mobilizacja do pracy nad własnym rozwojem szybko się kończy, a siła do walki ze swoimi słabościami czy nałogami prędko się wyczerpuje. Dlaczego? Bo Nowy Rok lub początek tygodnia nie jest wystarczającym, a właściwie nie jest żadnym powodem do podjęcia wyzwania. Nasza wewnętrzna siła, wola, pragnienie zmiany, czy też mocna potrzeba pracy nad sobą jest tym czego potrzebujemy do podniesienia rękawicy i stawienia czoła wyzwaniu – a 1 stycznia czy znienawidzony przez wielu poniedziałek, nie mają tu nic do rzeczy.

Rozczarowani sobą

Skutkiem niezrealizowanych planów, nieschudniętych kilogramów, nierzuconych papierochów i niewyjechanych wakacji zazwyczaj jest rozczarowanie otaczającą rzeczywistością oraz zniechęcenie do dalszej walki. Co gorsza towarzyszy mu zazwyczaj ogromne niezadowolenie z własnej osoby, utrata wiary w swoje możliwości i chęci do przyszłego działania. Być może złe zagospodarowanie czasu i niewłaściwe zbyt rozrzutne rozwinięcie swoich planów, właśnie pozbawiły nas realizacji tego co jest w naszym zasięgu i chęci do zdobywania w życiu nowych umiejętności – skoro te, które do tej pory mieliśmy „zawiodły”. Trochę nas to oczywiście deprymuje i ściąga z wysokości marzeń na ziemię, potem staramy otrzepać się z marazmu, spowodowanego tą nieplanowaną porażką, aż w końcu przychodzi nowy tydzień, albo następny rok. I znów próbujemy sięgnąć po coś, co być może jest w zasięgu naszego wzroku i rąk, ale trzeba cierpliwie wejść po drabinie, a nie jednorazowo skakać bez przygotowania, nadwyrężając wszystkie stawy. Koło się zamyka, a my wciąż jesteśmy niezadowoleni z siebie i zamiast wzrastać w wierze we własne siły, upadamy pod ciężarem kolejnego niepowodzenia.

Biorę się za… ciebie!

Warto zwrócić uwagę na to, że bardzo często w odniesieniu do podejmowanych wyzwań, używamy stwierdzeń: „Muszę wziąć się za siebie”, albo „Od nowego roku biorę się wreszcie za siebie”. A dlaczego by nie spróbować tym razem wziąć się za kogoś innego…? Nie mam tu na myśli rzecz jasna próby zmieniania innych pod nasze dyktando, ale zastanówmy się dlaczego tak rzadko, albo nawet nigdy, na liście naszych postanowień i planów pojawia się praca nad relacją – z mężem, córką, matką czy przyjacielem. Nie jest to naturalnie łatwiejsze od zrozumienia zasad koreańskiego czy wspięcie się na Rysy, jednak o ile bardziej potrzebne i wartościowe?

Haczyk w takim zadaniu tkwi w tym, że nie da się tego zrobić raz, a dobrze – jednorazowo wziąć sprawy w swoje ręce i już mieć to z głowy. Choć byśmy zdawali egzamin na prawo jazdy jedenaście razy, kiedy w końcu nam się uda, możemy być z siebie dumni, odhaczyć na liście rzeczy załatwionych i wreszcie cieszyć się z samodzielnej jazdy. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy pracujemy nad relacją, ona nigdy nie będzie „ukończona” – perfekcyjna, jak to zaplanowaliśmy. Jednak być może podchodząc do tego typu wyzwania poprawy relacji np. ze swoim dawno nie odwiedzanym bratem z tą właśnie świadomością, że robimy krok – nie stumilowy, ale półmetrowy, być może uda nam się przywrócić wiarę w siebie i podnieść wartość tego, w co w inwestujemy siły, a podsumowując miniony rok wreszcie będziemy z siebie dumni!

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!