Niemoralna pomoc

28/10/2015, Katarzyna Błaszczyńska

Pani, złotóweczka się znajdzie
Mogę chyba śmiało powiedzieć, że każdy z nas usłyszał kiedyś podobne pytanie czy raczej stwierdzenie. Zawsze w takiej sytuacji zastanawiam się, jak poznać prawdziwie potrzebującego i odróżnić go od zwykłego naciągacza czy oszusta? I czy istotnie najlepsze, co mogę zrobić, nawet dla osoby rzeczywiście potrzebującej mojej pomocy, jest wyciągnięcie portfela?
Dla ułatwienia sprawy i trzymania się sedna rozważań artykułu, pomińmy te sytuacje, w których „potrzebujący” jest w stanie daleko odbiegającym od trzeźwości, nie tylko umysłu, lecz również swych własnych, mocno labilnych kroków. Te zdarzenia są mi wysoce obojętne, choć w żadnym wypadku nie potępiam nikogo, kto z lekkim sercem i pobłażliwym: „Masz, pan, piątaka na piwo” wspiera nieustępliwych nałogowców, którzy za poduszkę obrali sobie płytę chodnikową. Po odmowie, w której okazuje się, że złotóweczka w moim portfelu niestety się nie znajdzie, żadne wątpliwości, ani tym bardziej wyrzuty, nie targają mego sumienia.

Przejdźmy jednak do sytuacji, w których decyzja dotycząca pomocy nie wydaje się tak oczywista. Podchodzi do nas człowiek, albo nawet Człowiek, jest trzeźwy, zapłakany bądź z wyrazem oczu kota ze Shreka – jest taki jak ty lub ja i prosi o chwilę uwagi: „A może pani mnie wysłucha?”. To już na wstępie sugeruje, że do tej pory z pewnością nikt tej osoby nie wysłuchał. Więc tak, oczywiście, wysłucham. W końcu jestem nie tylko człowiekiem, ale katoliczką, chcę dawać świadectwo swym życiem, czynem, a poza tym w najważniejszej księdze świata czytam:
„Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka, a nie odwróci się od ciebie oblicze Boga. Jak ci tylko starczy, według twojej zasobności dawaj z niej jałmużnę! Będziesz miał mało – daj mniej, ale nie wzbraniaj się dawać jałmużny nawet z niewielkiej własności! Tak zaskarbisz sobie wielkie dobra na dzień potrzebny, ponieważ jałmużna wybawia od śmierci i nie pozwala wejść do ciemności. Jałmużna bowiem jest wspaniałym darem dla tych, którzy ją dają przed obliczem Najwyższego”. (Tb 4, 7-11)

Staruszka z receptą
Nie znam osoby, która nigdy nie stanęła przed dylematem: zaufać czy nie? Pomóc, czy odejść? A jednak znam bardzo wiele osób, które padły ofiarą dobrze i wielokrotnie przećwiczonej manipulacji. Przyznaję, że sama kilkakrotnie stałam się ofiarą starszej pani z receptą, spacerowiczki pozornie zaczepiającej, żeby zapytać o rasę mojego pieska, czy też przekonującego młodzieńca, któremu właśnie zabrakło na bilet… Wszyscy przecież znamy te szlagiery ulicznego wyciągania kasy od naiwniaków, którymi tak często się stajemy. Nieraz zdarzyło mi się nawet – i myślę, że nie jestem w tym osamotniona – że, zadowolona z siebie i podjętej decyzji, byłam przekonana, że właściwie ulokowałam swoje zaufanie a także ofiarowany banknot, aż do momentu ponownego spotkania tego samego, schludnie ubranego pana o smutnym spojrzeniu, któremu najwidoczniej codziennie kradną portfel.

Myślę, że nie będę tutaj niesprawiedliwa, jeśli powiem, że nieraz przecież powoduje nami nie tyle chęć niesienia bezinteresownej pomocy, ile potrzeba uciszenia sumienia, czy też pospiesznego zostawienia za sobą nieprzyjemnego tematu. Wtedy tak na wszelki wypadek wolimy te parę groszy wrzucić do żebraczej czapki. „Przynajmniej zrobię coś dobrego” – myślimy. Dla siebie tak. A dla nich? Zastanawialiście się kiedyś, czy wspomagając w ten sposób potrzebujących, na pewno im pomagamy? Sama nie wiem i podejmuję się tylko nieśmiałej próby rozważenia tego. A jednak głęboko we mnie jest przeczucie, że pomagając w tak doraźny, jednorazowy i przypadkowy sposób, uniemożliwiam im pomoc, której mogliby udzielić sobie sami, biorąc życie w swoje ręce; rozleniwiam ich i utwierdzam w przekonaniu, że rozwiązaniem jest, zawsze przynoszące pożądane skutki, żebractwo.

A w domu dzieci głodne
Jeszcze trudniej przejść obojętnie wobec prośby o jedzenie, a jednak zastanawiam się, czym różni się to od zwykłego żebractwa? „No tak – powie ktoś – ale oni to robią dla głodnego syna bądź córki!”. Zgadza się, tylko czy moralne jest wyręczanie matki lub ojca w ich podstawowych obowiązkach wobec własnych dzieci? Czy moralne jest wyręczanie jakiegokolwiek człowieka w jego podstawowych obowiązkach wobec samego siebie? Czy wreszcie moralne jest utwierdzanie go w tym, zapewne poniżającym dla niego, położeniu jako stosownym dla niego i podsuwając chleb z kilkoma parówkami, zostawiać w ciemnej dziurze jego upadku? Być może ktoś z Was oskarży mnie o to, że piszę ten artykuł ze swojej bezpiecznej, wygodnej kanapy, popijając gorącą herbatę z imbirem i pomarańczą. Tak, przyznaję, nie znam tego świata, gdzie żebranie o jałmużnę staje się koniecznością, dlatego też na zakończenie podsuwam kawałek, który zapewne lepiej niż powyższe wypociny wyraża się o moralności udzielania pomocy:

„Jeśli chcesz dobrze czynić, zważ, komu masz czynić,
a będą ci wdzięczni za twe dobrodziejstwa.
Czyń dobrze bogobojnemu, a otrzymasz nagrodę,
jeśli nie od niego, to na pewno od Najwyższego.
Dobroczynność nie jest dla tego, kto trwa w złu,
ani kto nie udziela jałmużny.
Dawaj bogobojnemu,
a nie wspomagaj grzesznika.
Dobrze czyń biednemu, a nie dawaj bezbożnemu,
odmów mu chleba swego i nie użyczaj mu,
aby przypadkiem nie wziął góry nad tobą.
Znajdziesz w dwójnasób zło
za wszystko dobro, które byś mu wyświadczył.
Gdyż i u Najwyższego budzą odrazę grzesznicy,
wymierzy On też karę bezbożnym.
Dawaj dobremu,
a nie pomagaj grzesznikowi”. (Syr 12, 1-7)

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!