Metafizyka supermocy

29/02/2016, Bartłomiej Błaszczyński

Notka biograficzna

Pragnę zaznaczyć, że autor niniejszego artykułu jest świadomym chrześcijaninem, który stara się żyć w skomplikowanych dla niego samego czasach nie popadając w paranoję, ale pozostając czujnym, jak roztropne panny. Autor pragnie także dodać, że jest zakochany w swojej żonie, co absolutnie nie ma żadnego związku z treścią artykułu, no może poza tym, że jest to jedyna moc jaką posiada w swoim życiu. Puentą tego akapitu jest informacja o pełnym usatysfakcjonowaniu autora posiadaną mocą.

Stara historia powtarzana od lat

Chcę się do czegoś publicznie przyznać. Uwielbiam głupie amerykańskie filmy o superbohaterach. Znaczna część okazuje się wielkim rozczarowaniem, ale mimo to nie przestaję zakładać, że następny film, jaki będę oglądał zaspokoi moją potrzebę harmonii pomiędzy spektakularnymi efektami specjalnymi, a opowieścią o czymś więcej. Gdybym pisał ten artykuł dziesięć lat temu mógłbym swobodnie uznawać się za znawcę tematu, jednak dzisiaj ledwo co nadążam za mocami przerobowymi wytwórni z miasta aniołów. Hossa superbohaterów trwa nieprzerwanie od lat. Nie słabnie – rośnie w siłę. Dla tych, którym za mało filmów o poczciwych nadludziach obdarzonych umiejętnościami o jakich nikomu się nawet nie śniło (choć podejrzewam, że połowa dzieciaków na świecie śni o podobnych…), stworzono jeszcze seriale. I tak możemy śledzić losy niewidomego prawnika-mściciela (DareDevil – nomen omen nazwa znacząca), bądź młodego Batmana, czy walecznej Jessicy Jones w formatach dziesięciogodzinnych.

Skąd taka popularność? Z jednej strony dzieci, które czytały komiksy – wyrosły i mają po trzydzieści lat, pracują w korporacjach i stać ich na bilety do kina, w którym chcą oglądać bohaterów z młodości, a inne dzieci, wychowywane w tych samych czasach, tylko w piaskownicy oddalonej o kilka tysięcy kilometrów podejmują znaczące decyzje wpływające na przemysł filmowy. Ale jest jeszcze inna strona. Przecież ci wszyscy idole, to nikt inny, jak współcześni bogowie. W filmie Avengers Czas Ultrona, żona jednego z Avengersów (grupa superbohaterów walczących ze złem chcącym nieustannie zniszczyć ziemię) mówi mu, że jest tylko człowiekiem i pyta jakie ma szanse przetrwać u boku swoich kompanów – chodzących bogów?

A zatem amerykańscy scenarzyści są w pełni świadomi figury, której używają w swoich opowieściach. Zbiór opowiadań o bogach w czasach mojego dzieciństwa nazywano mitologią. W czasach plemiennego politeizmu każdy lud miał swoje własne opowieści, dzięki czemu badacze uniwersyteccy na całym świecie mogą się dzielić na specjalistów od mitologii skandynawskiej, greckiej, słowiańskiej, czy germańskiej. Być może za kilkaset lat będą badacze od mitologii Marvelowskiej, czy mitologii DC . Przecież jeszcze niedawno fakt istnienia człowieka mrówki, umięśnionych facetów w majtkach naciągniętych na kalesony, lub gadającego szopa pracza strzelającego z pistoletów będących małymi wyrzutniami rakiet był absurdem. Dzisiaj jest integralnym elementem nowego gatunku dziesiątej muzy, więc czemu by nie miał się stać przedmiotem badań specjalistów w przyszłości i właściwym tematem na etnologiczną profesurę?

Natura nie znosi próżni

Chyba wszyscy się zgodzimy, że istnieje w człowieku ogromna potrzeba religijności i wiary. Potrzebę te zapewnia w moim życiu Jezus Chrystus. Często gdy się do tego przyznaję zostaję (jak to się modnie mówi) dyskryminowany. Jestem postrzegany za jaskiniowca z ciemnogrodu, który zaraz spali na stosie pierwszą napotkaną rudą kobietę, wyśle dziecko na krucjatę i sprzeda ci relikwie jakiegoś świętego. No i nie wpuszczaj mnie do biblioteki, bo podrę ci całą kolekcję dzieł Kopernika. Tak z grubsza widzą mnie niewierzący koledzy. Ale… zaraz… czy na pewno nie-wierzący? Pytam ich czy wierzą w pecha. Tak. Czy wierzą w rozum. No oczywiście. Niektórzy z nich wierzą nawet w kosmitów, wróżki, bioenergoterapeutów leczących swoimi mocami przez telefon (oczywiście za grube pieniądze). W ich domach wisi obraz Żyda (to na szczęście), którego czasami obraca się do góry nogami (żeby wytrzepać z niego pieniądze), odpluwają przez lewe ramię i pukają w niemalowane drewno, a wszystkie swoje praktyki religijne traktują bardzo serio, łącznie z zapeszaniem, czarnym kotem i rzucaniem uroków.

I nie piszę tego po to, żeby pokazać jaki to ja jestem mądry i postępowy, a oni nie. Po prostu natura nie znosi próżni. Jeśli zabierzesz człowiekowi Boga, to musisz mu znaleźć coś innego. System polityczno-ekonomiczny w który będzie mógł wierzyć, przesądy, wiedzę, sztukę, potwora spaghetti, lub (co chyba najgorsze) samego siebie. Inaczej pozostanie wyrwa z którą zajedzie równie daleko co samochód bez dwóch przednich kół.

Tworzenie własnej tożsamości

Amerykańska świadomość narodowa (bardzo silna dzisiaj) nie ma zbyt imponującej historii. To znaczy historia jest imponująca, ale bardzo krótka. Są pionierzy, którzy walczyli z Indianami, po czym w Bostonie postąpili wbrew angielskiemu protokołowi parzenia herbaty, potem podzielili się na północ i południe i zanieśli demokrację wszystkim tym, którzy jej nie chcieli (żartobliwy ton nie wynika z uprzedzeń, tylko z potrzeby żartobliwego tonu). Wszystko co wydarzyło się wcześniej to to, co zabrali ze sobą ze starego kontynentu. A Amerykanie nie lubią nie mieć swoich rzeczy. Traktują prawo do własności bardzo serio, dlatego postanowili napisać własną mitologię. I tak jesteśmy świadkami powstawania nowego Olimpu. Są różni bogowie. Dobrzy (protagoniści) i źli (antagoniści). Ale nawet ci dobrzy muszą uciekać się do brutalności, żeby uspokoić tych złych. I mimo tego, że stoją na straży dobra i pokoju, to niszcząc w swoich spektakularnych pojedynkach całe miasta nie przejmują się za bardzo zgliszczami, które po sobie zostawiają. Są obdarzeni supermocami, ale także ludzkimi słabościami (to dodaje ich światu elementu z którym każdy widz może się utożsamić). Dzieciaki ich uwielbiają. Noszą ich wizerunki na koszulkach, zeszytach, plecakach, jak flagi, czy jakieś herby. Jestem pewien, że gdzieś tam skrycie każdy z tych dzieciaków marzy o tym, żeby zostać jakimś człowiekiem owadem tylko po to, żeby upokorzyć swojego szkolnego antagonistę i zdobyć księżniczkę z pierwszej ławki.

Idolatria

Etymologicznie bałwochwalstwo wzięło się zapewne z czczenia złotego cielca. Nie wydaje mi się, żeby ktoś dziś oddawał cześć komiksowym postaciom, jednak jeśli wziąć pod uwagę ile czasu procentowo poświęcamy (czy ktoś zauważył jak dobrze brzmi słowo „poświęcić” w tym zdaniu?) temu, co dla nas ważne, to mogę się założyć, że przeciętny nastolatek statystycznie bardziej hołubi człowieka pająka, czy człowieka nietoperza niż jakąkolwiek inną świętość, którą zna. A czas to chyba najcenniejsza waluta w dzisiejszych czasach.

I pomimo faktu, że historie opowiadane przez hollywoodzkich scenarzystów niosą w sobie zazwyczaj duży ładunek dobrego przesłania (miłość, przyjaźń, poświęcenie), to nie mogę pozbyć się myśli, że jest to tylko słaba karykatura tego, co ja odnajduję w Ewangelii (pewnie mniej atrakcyjnej dla przeciętnego gimnazjalisty). Ale i ja też nie jestem bez winy. Muszę się przyznać, że dużo łatwiej oddać mi dziesięć godzin mojego cennego czasu niewidomemu prawnikowi piorącemu szubrawców w Nowym Jorku, niż głębokiej modlitwie i żarliwej medytacji. I nie jestem z tego dumny. Mam tylko nadzieję, że moja własna przyjemność w obcowaniu z superbohaterami jest jeszcze rozrywką, a nie grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu.

Bartłomiej Błaszczyński

Bartłomiej Błaszczyński

Bartłomiej Błaszczyński

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!