Lajki, zez rozbieżny i głód akceptacji

15/06/2015, Piotr Zawadzki

Za każdym razem kiedy zamieszczam jakąś informację na portalu społecznościowym podejmuję się dramatycznej i bardzo często beznadziejnej walki z moją starą, nieprzemienioną naturą. Dlaczego? Ponieważ coś głęboko we mnie poszukuje uznania innych, a każdy zamieszczony post daje mi możliwość zdobycia tej aprobaty i poklasku.

Oczywiście staram się sobie z tego zdawać sprawę i tylko jednym okiem zerkam na przybywającą liczbę „lajków” nabawiając się przy tym zeza rozbieżnego. Jak sobie to zezujące oko, mówiąc symbolicznie, „wyłupać”? Jak uniezależnić się od potrzeby bycia akceptowanym i czy to w ogóle możliwe w kontekście społeczeństwa internetowego w 21 wieku?

POLUB MNIE

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie tylko ja „zezuję” podczas korzystania z portalów społecznościowych różnego typu. Każdy z nas gdzieś głęboko w środku duszy odczuwa palące pragnienie bycia uznanym, zaakceptowanym i lubianym przez szersze grono odbiorców. Być może samo korzystanie z takich portali już dowodzi tej potrzeby, choć chciałbym się tutaj mylić.
Człowiek ogólnie to istota społeczna, na co wskazał dobitnie Pan Jezus powołując nas nie tylko do indywidualnej relacji ze sobą ale też do relacji w rodzinie Kościoła.

Każdy z nas jest istotą relacyjną, społeczną, a nasza tożsamość jest silnie kształtowana przez innych, przez to konkretnie czy okazują nam aprobatę czy niechęć. Nawet outsiderzy, szukający swojego miejsca z dala od zgiełku cywilizacji, określają siebie i swoją tożsamość na zasadzie zaprzeczenia relacjom społecznym. Negacja nadal jest potwierdzeniem siły wzajemnych więzi.

W wielu przypadkach żyjemy dla aprobaty innych, robimy coś by ją uzyskać, lub by ją podnieść. W skrajnych sytuacjach jesteśmy w stanie nawet zatracić się w tym poszukiwaniu akceptacji aby tylko poczuć, że coś znaczymy, że „kimś” jesteśmy. Zapominając bardzo często w tym procesie, że naszą tożsamość już dawno temu określił Bóg, nazywając nas otwarcie swoimi dziećmi.
Kiedy korzystamy z portalu społecznościowego i wpadamy w groteskową pułapkę liczenia „lajków” odtwarzamy tym samym proces wyżej opisanego poszukiwania aprobaty, nawet jeśli takie spojrzenie na sprawę nas śmieszy. Każdy nowy „lajk” czy udostępnienie naszych treści jest dla nas pożywką do tego, by na nowo uwierzyć w swoją tożsamość, w to że coś znaczymy. I odwrotnie. Kiedy lajków nie przybywa możemy mieć powód do radykalnego zaniżenia naszej samooceny. Czy jest możliwe korzystanie ze społecznościówek bez wewnętrznej szarpaniny o niezależność? Czy jest jakiś złoty środek?

GWIAZDA FACEBOOKA

W ogólnym pędzie do sławy, który można spokojnie nazwać celebrytomanią, można się bardzo łatwo zatracić. To kolejne oblicze głodu akceptacji, który zapychamy, udając kogoś innego niż jesteśmy w rzeczywistości. Kiedyś miałem okazję poznać pewną osobę, z którą najpierw miałem styczność przez facebooka. Na portalu jej profil był bardzo ciekawy – artystyczna, niesztampowa osoba – tak wynikało z wypowiedzi i całokształtu profilu. Po poznaniu okazało się, że jest kimś zupełnie innym – osobą bardzo skrytą, zakompleksioną, nieśmiałą. Nie była to ta celebrytka z facebooka, jaką codziennie widziałem na pasku aktualności. Dlaczego?
Głód autokreacji wygrał tutaj z rzeczywistością.

Nieciekawy człowiek okazał się tworzyć sobie drugą osobowość i przez nią poszukiwać akceptacji. Tożsamość z facebooka okazała się sposobem na zdobycie tożsamości w realu. Szkoda, że była to chrześcijanka, zupełnie zresztą nieświadoma tego, w jakiej sieci siedzi. Ale dotyczy to nas wszystkich. Portale społecznościowe są w stanie w subtelny ale głęboki sposób wydobyć z nas nasze przywary, wady, braki i upublicznić je. Czy rzeczywiście warto uczestniczyć w wyścigu do popularności? Czasami facebook wygląda jak przysłowiowy vanity fair, na którym ludzie prześcigają się w biegu o akceptację. A wszystko to dzieje się… ze strachu.

STRACHY NA LACHY

Decydujemy się na mniej lub bardziej świadome uczestniczenie w wyścigu po ludzką akceptację ponieważ jesteśmy niezdolni do tego by w głęboki sposób przeżywać akceptację, którą mamy w oczach Jezusa. Zamknięcie się na drugą powoduje niegasnący głód pierwszej. I odwrotnie. Doświadczanie drugiej powoduje leczenie się z uzależnienia od aprobaty ludzkiej. Nie chodzi tu o porzucenie relacji międzyludzkich. Każdy z nas prędzej czy później rozumie, że zależymy od innych w mniejszym bądź większym stopniu i są piękne oblicza tej zależności. Jednym z nich jest szczera przyjaźń. Taka aprobata jest dobra, wydobywa z nas nowe pokłady naszego potencjału. Są jednak też i czarne strony poszukiwania aprobaty – od tych chcemy trzymać się jak najdalej.

Podsycane są one przez strach przed ludźmi – przed siłą ich niezadowolenia, ich krytycznej opinii, ich nienawiści. Taki strach powoduje w nas uzależnienie od ludzi, od aprobaty, powoduje zezowate zerkanie na ilość komentarzy i lajków pod postem. Powoduje umniejszanie mocy naszej prawdziwej tożsamości, jaką nadał na Bóg.

PANACEUM

Skoro wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu borykamy się z głodem akceptacji czy nie znaczy to czasem, że jesteśmy na niego skazani? Być może tak. Co nie znaczy, że nie możemy podjąć walki o niezależność i ogłosić niepodległości od tego co inni sobie pomyślą. Im większe przekonanie o tożsamości jaką mamy w Bogu, tym słabsza skłonność w nas by zaspokajać się czymś mniejszym. Bóg w Jezusie mówi do każdego z nas „to jest mój syn umiłowany…” – jeśli uważnie wsłuchamy się w ten wewnętrzny głos, może się okazać, że będzie to jedyny „lajk” i ostateczny komentarz, na jaki powinniśmy liczyć w naszym kolorowym życiu.

Czas pozwolić, by te słowa nadały nam wewnętrzną wolność do tego by być takimi, jakich On chce nas widzieć, a nie nasi „fani” czy nasi „hejterzy”. W miłości nie ma strachu. Miłość uwalnia.

Żródło: respiracja.blogspot.com, Piotr Zawadzki

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!