Kuchenne (r)ewolucje

16/03/2015, Lucyna Bujok

Troje w jednym

Jestem trzyipółletnią żoną i dwudziestomiesięczną mamą. Jeszcze przed ślubem zastanawiałam się, jaki będzie nasz dom, jak będziemy spędzać popołudnia, jak urządzimy sypialnię, co będę piekła, kiedy przyjdą goście, czym będą bawić się nasze dzieci – pomysłom i marzeniom nie było końca! Gromadziłam w głowie różne inspiracje zaczerpnięte z książek, domu rodzinnego, mieszkań znajomych, amerykańskich seriali, katalogu Ikea i tym podobnych. Teraz zaś mierzę się z rzeczywistością, próbując w tym wszystkim urządzać nasz dom, zapewniać swoim najbliższym „optymalne warunki do rozwoju”;) i przy okazji odnajdywać samą siebie.

W Przypowieściach Salomona 14:1 czytam, że „Mądrość kobiet buduje ich dom, lecz głupie własnoręcznie go burzą.” Werset ten mówi mi, że to właśnie mądrość buduje dom. Nie stan konta, konkretne umiejętności, zapał, gust (choć wszystkie te rzeczy też mają znaczenie – jeśli kierowane mądrością). Bez mądrości domu nie zbuduję, co najwyżej zburzę go i to własnymi rękami. Nie dość, że potrzebuję mądrości, żeby móc zbudować i urządzić dom, to jeszcze – aby otrzymać najlepszy wynik, żeby dom ten się ostał (dla obrazu – Ew. Mateusza 7:24-27), potrzebuję mądrości najwyższej próby, najlepszej z dostępnych, trwałej i pewnej. Wiem, że taką znajdę jedynie u Boga. Z tą wiedzą i ciągłym poszukiwaniem, próbuję konstruować naszą wspólną, domową codzienność.

Fakt, że jesteśmy rodziną i mieszkamy razem pod jednym dachem wpływa i determinuje praktycznie wszystkie sfery naszego potrójnego życia. A to na przykład kwestie snu, wychowania, szczepień (o których teraz bardzo głośno), ruchu na świeżym powietrzu, sposobów komunikacji, oszczędzania wody, podziału obowiązków, odwiedzin u rodziny, spędzania niedzielnych popołudni i tak dalej, i tak dalej. Na początku jednak chciałabym zatrzymać się w kuchni.

Bio-eko papka

W zalewie informacji (wszelakiej jakości i wiarygodności) z telewizji, gazet, portali społecznościowych, wszechobecnych i wszechwiedzących blogów można stracić głowę! Bo oto chcę odżywiać się zdrowo. I wokół słyszę i czytam, że wszystko powinno być „bio” i „eko”, że nie wolno kupować mięsa (sterydy, antybiotyki!) i owoców (pestycydy!) w sklepie, tylko najlepiej „prosto od gospodarza”; koniecznie jemy bezglutenowo (gdzieś przeczytałam – „Nigdy w życiu nie dałabym dziecku białej kajzerki nawet do polizania!”); jeśli już mleko, to tylko kozie albo migdałowe; broń nas Boże od cukru i wszystkich innych glutaminianów. Te tematy są teraz takie modne…

No i tutaj pracę trzeba wykonać samemu. Pośród mnóstwa opinii na ten sam temat (weźmy choćby ten cukier – opinia nr 1: jakikolwiek, poza ksylitolem i stewią jest zły; nr 2: lepszy trzcinowy niż biały; nr 3: lepszy miód niż cukier; nr 4: miód też jest zły; nr 5: biały niewiele różni się od trzcinowego, a jest tańszy, więc może być), trzeba samemu zbadać, sprawdzić i zdecydować, którą opcję wybieramy. Nawet, jeśli temat wydaje się być dosyć błahym, przestaje być takim, kiedy decydujemy, że chcemy świadomie wybierać to, co jemy, ponieważ wiemy, że to wpływa na stan naszego zdrowia, jakość codziennego funkcjonowania, że ma realne znaczenie dla naszego życia. Ponieważ również w ten sposób chcemy dbać o nasze ciało jako o świątynię Ducha Świętego i również w ciele wychwalać naszego Pana (1 Koryntian 6:19-20).

Nie będę udzielać żadnych rad, ogłaszać wielkich odkryć dietetycznych czy namawiać kogokolwiek do czegokolwiek. Jem czekoladę, czasem białe pieczywo, zdarza mi się upaść jedząc fast-foodowe frytki i piję zdecydowanie za dużo kawy. Nie ześwirowałam na punkcie zdrowego jedzenia!;) Co więcej, mogę zrozumieć, że czasem potrzebny jest jakiś konserwant i że nie wszystkie są takie złe. Podzielę się tylko tym, co sama odkrywam w temacie zdrowego gotowania.

A zatem:

  1. Nie da się od razu wszystkiego zmienić. Jakkolwiek mocno zainspiruję się jakąś ideą, podejściem, pomysłem, ilekolwiek książek przeczytam – nie wprowadzę całościowych zmian z dnia na dzień, tym bardziej, że nie chodzi tylko o mnie, ale również o moją rodzinę. Poza tym „kuchnia” – to jest temat bardzo, bardzo obszerny! Jakkolwiek powoli zmiany są wprowadzane i bez względu na to, ile razy coś nie mi wyjdzie czy się nie uda, nie wystarczy silnej woli czy po prostu się odechce – nie warto od razu się poddawaćJ To jak z postanowieniami noworocznymi – często jak już w styczniu zawalimy, to odpuszczamy, a to błąd! Każdego miesiąca, tygodnia, dnia mogę na nowo próbować pić mniej kawy, robić codziennie brzuszki, chodzić wcześniej spać itd.
  1. Czytajmy etykiety. To już frazes, ale istotny! Dowiemy się, że w proszkowanych kaszkach dla dzieci znanej firmy jest cukier, że gotowy sos do spaghetti ma jakieś nieznane składniki, że w „zdrowym” soku jest mało owoców! Odkąd zostałam mamą, zwracam uwagę (oczywiście poza składnikami chemicznymi, których nawet nazwy brzmią groźnie) na zawartość cukru i soli w różnych produktach. Okazuje się, że pośród wielu różnych rodzajów „zdrowych” białych serków twarogowych tylko jeden czy dwa nie mają w sobie soli. A to ma znaczenie. Co jak co, ale do soli czy cukru nie muszę dziecka przyzwyczajać od samego początku, samo je kiedyś pozna tak czy siak. Umiesz czytać? To czytaj, co jesz!
  1. Naprawdę bardzo łatwo jest zrobić domowy kisiel albo własny sos do spaghetti; zamiast kostki rosołowej raz na jakiś czas zrobić większą ilość bulionu i zamrozić w mniejszych pojemniczkach; samemu łączyć suszone zioła, zamiast kupować gotowe mieszanki z niechcianymi dodatkami; zamiast gotowej kaszki kupić „żarnowkę” albo starodawny grysik, którym karmiły nas mamy. To nie jest na tyle trudne ani czasochłonne, żeby kupowanie gotowych (wzbogaconych niepotrzebnymi składnikami) produktów wygrywało poziomem łatwości czy oszczędności czasu.
  1. Moje nawyki będą nawykami mojego dziecka. Może kilka razy uda mi się wciągnąć chipsy w ukryciu (bo przecież nie chcę, żeby moja mała córeczka je jadła!), ale na dłuższą metę to nie ma sensu i czyni nas niewiarygodnymi. Lepiej zrewidować swoje nawyki i przyzwyczajenia i dla dobra nie tylko dziecka, ale i swojego, przestawić się na zdrowsze produkty, które możemy jeść razem. A razem może być zdrowiej i prowadzić ku zdrowszemu jedzeniu – bo fajnie jest jeść razem przy stole (wspólne posiłki są bezcenne i dają dużo frajdy i radości, dbajcie o Wasz Stół – to często kluczowe miejsce w domuJ); bo się nie śpieszymy, a to sprzyja i jedzeniu i trawieniu; bo mamy to samo na talerzu, więc jest sprawiedliwie i nawzajem zachęcamy się do zjedzenia np. sałaty (udając przy tym królika), a przy okazji wszyscy mniej solimy i słodzimy, nie jemy gotowców z puszek czy proszku. Kłania się tutaj temat BLW (metody wprowadzania produktów stałych do diety półrocznego dziecka), ale to może innym razemJ I tutaj jeszcze apel – Rodzicu, jesteś odpowiedzialny za nawyki żywieniowe swojego dziecka! Ty je kształtujesz od początku! I nawet jeśli przyjdzie okres, że Twoje dziecko zechce kupować colę razem z rówieśnikami w sklepiku szkolnym, a na urodziny zażyczy sobie wizytę w fast-foodzie – Ty teraz możesz dać mu zdrowe i solidne podstawy dobrego odżywiania, które z nim zostaną.
  1. Powoli zastępujmy dotychczasowe produkty zdrowszymi wersjami. W naszej kuchni pojawiła się mąka orkiszowa, żytnia, ryżowa, kukurydziana, coraz rzadziej kupuję zwykłą białą pszenną (nie dlatego, że uważam, że gluten jest bezwzględnie zły, ale dlatego, że można zdrowiej, a też smacznie, a nawet smaczniej). Jest wiele rodzajów kasz, nie tylko gryczana, ale np. ostatnio wychwalana pod niebiosa (i słusznie!) jaglana, próbujmy i smakujmy nowych rzeczy. Zamiast cukru białego postawiłam na trzcinowy i miód, do którego nic nie mam;) Zamiast soli białej – himalajska różowa. Zamiast kupowania słodyczy w sklepie, co jakiś czas coś upiekę, nie tylko „na niedzielę”. I nawet, jeśli zdarzy się, że jest w tym cieście biała mąka i cukier, to zawsze to lepsze od sklepowego czekoladowego batonika;) Zamiast czekolady mlecznej, jemy gorzką. Zamiast kupowania owocowych jogurtów (ich skład nieraz powala!) – kupujemy białe i dodajemy do nich domowego dżemu. Można? Można!
  1. Zdrowe przekąski warto mieć pod ręką. Na naszym stole cały czas goszczą orzechy, ziarna słonecznika i dyni, suszone i świeże owoce, zawsze na widoku stoi woda. Często nieświadomie sięgamy po te produkty, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że dostarczamy sobie witamin i minerałów, i niwelujemy ochotę na „kawę i coś słodkiego”.
  1. Kwestia żywienia to tylko jedna składowa zdrowego życia. Ruch, ilość snu, relaks, pielęgnacja, dobre relacje, jakość życia duchowego – to wszystko idzie w parze z mądrym jedzeniem, zatem trzeba na te sprawy patrzeć z perspektywy całościowej. We wszystkim zachowujmy zdrowy rozsądek, nie dajmy sobie też wcisnąć wszystkiego, co „eko-bio-zdrowe-wiecznie młode-bezstresowe i tym podobne”. Tutaj jak nic jest potrzebne wyważenie i mądrość ta z Góry, bo możemy popaść w różne skrajności.
  1. I jeszcze coś, z czym się zmagam. W swoim gotowaniu (i nie tylko w tej sferze życia) muszę uwolnić się od tradycji. Brać z niej to, co najlepsze, podpatrywać, zapamiętywać, ale też wypracować coś swojego, nowego. Nie doścignę rosołu, jaki robi moja Babcia. A to dlatego, że jest on dla mnie jakimś idealnym archetypem, wiąże się z nostalgią, obrazem dzieciństwa, pierwszym lekiem na gorsze samopoczucie przy przeziębieniu. Ale też dlatego, że w gotowaniu świadomie używam innych przypraw, niż moja Babcia, przez co siłą rzeczy smak jest inny. Babciny rosół zostawmy Babci i odwiedzinom u niej, a my stwórzmy sobie swój własny. Mamy teraz dostęp do innej wiedzy, innych doświadczeń i korzystajmy z tego, ale w sposób łagodny. Nie musimy napastliwie udowadniać innym, że bez popularnej Maggi (czyli chemicznego „polepszacza smaku”) da się żyć, bo z nią pewnie też się da. A co dopiero, jak ma się dziecko – „Jak możesz dawać jej tylko wodę do picia?”, „Za moich czasów zupki dzieciom zagęszczano mąką” i tak dalej… Trzeba uzbroić się w cierpliwość, łagodność i niemałą szczyptę zaufania do samego siebie.

A na koniec coś, co jest najważniejsze w kwestii zdrowego życia i bez czego daleko w naszych staraniach nie zajdziemy – nie zapominajmy, że bojaźń Boża i unikanie złego wychodzi na zdrowie naszemu ciału i odświeża nasze kości, a wesołe serce jest najlepszym lekarstwem! (Przyp. Sal. 3:7-8 i 17:22).

Lucyna Bujok

Lucyna Bujok

Lucyna Bujok

Niespokojnie kontemplująca życie żona i mama dwójki, z wykształcenia psycholog, z Bożej łaski - Jego dziecko.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!