Historia pewnego prawa jazdy

24/11/2016, Katarzyna Błaszczyńska

Wsiadam do samochodu po stronie kierowcy i upewniam się gdzie jest pedał gazu, a gdzie hamulec – zawsze mi się to myli… Odpalam silnik. Kiedy ruszam w miasto, staram się jechać pewnie, nie za szybko, ale noga na gazie robi się jakoś dziwnie ciężka i nie mogę zwolnić. To nawet dobrze, bo przecież się śpieszę, mam cel. Jaki to był cel? Gdzieś miałam dojechać, tylko gdzie? Dookoła robi się więcej innych pojazdów, ja jadę coraz szybciej i właśnie uświadamiam sobie, że przecież nie mam prawa jazdy. Ta myśl paraliżuje mnie zupełnie i teraz już naprawdę nie mogę ściągnąć nogi z gazu. Wiem, że zaraz w coś wjadę i na wszelki wypadek, wybierając mniejsze zło, gwałtownie zjeżdżam z drogi, katapultując się na bok. Samochód koziołkuje. Świat się na chwilę dla mnie zatrzymuje… Uff, żyję. Oddycham.

Strachy z dzieciństwa

Już dłuższy czas zastanawiam się co oznacza ten powracający do mnie sen. Mam podejrzenia, że może być on związany z pewnym wydarzeniem z dzieciństwa. Kiedy miałam dwanaście lat pojechałam z ciocią w góry. Na jednym ze spacerów natknęłyśmy się na dziecięcy tor samochodzikowy. Z chęcią wsiadłam do jednego z pojazdów, zjeżdżałam coraz szybciej i szybciej. Pod koniec trasy pojawiały się tabliczki: „Zwolnij!”, a potem: „Hamuj!”. Ja jednak prułam z coraz większą prędkością, a zamiast hamulca naciskałam gaz. Byłam przerażona. Gdy dojechałam do mety z impetem uderzyłam o pojazd, w którym siedziało małe dziecko, zanim zdążył wyjąć je stamtąd ojciec. Nic złego oczywiście się nie stało, ale przepraszałam go ze skruchą. Ojciec jednak był niewzruszony, nawrzeszczał na mnie, a ja pobiegam z płaczem do cioci, przez łzy obiecując całemu światu, że nigdy nie zrobię prawa jazdy…

Dosyć długo byłam wierna temu postanowieniu, w końcu wiedziałam już jakie może mieć skutki odwrócenie się od niego. Jednak przychodzi taki moment kiedy człowiek idzie do pracy, zakłada rodzinę, myśli o dziecku, a zmory z przeszłości nie straszą już tak bardzo. Kiedy wraz z mężem staliśmy się dumnymi posiadaczami swojego pierwszego samochodu, wiedziałam już, że w końcu trzeba zrobić to prawko. Zawsze jednak jest coś ważniejszego do zrobienia od, nudnego jak tapeta w motyle, kursu na kategorię B. Czas mijał, a ja coraz lepiej kumplowałam się z fotelem pasażera i utwierdzałam się w przekonaniu, że póki mój mąż żyje, wszyscy siedzą na właściwych miejscach.

Siła hormonów

Kiedy jednak zaszłam w ciążę, uświadomiłam sobie, że dobrze byłoby się jednak usamodzielnić w tej kwestii i być mobilną, skoro ja sama stawałam się coraz bardziej nieruchawa. Ale jak to w ciąży – pracowałam tak długo jak mogłam, a kiedy zaniemogłam i wzięłam L4, okazało się, że w domu trzeba odmalować kaloryfery, wymienić lampy, umyć okna, oszlifować blaty w kuchni, wyszorować kafle w łazience i wiele wiele innych obowiązków, niemogących dłużej czekać na realizację, zaprzątnęło moją głowę. Powoli jednak zaczęły do mnie dochodzić wyobrażenia, jak to będzie „po” – kiedy już będziemy we trójkę, a potem we dwójkę, kiedy mój mąż po krótkim wolnym, wróci do pracy – bo w naszym „zakładzie” zrobili ogromne oczy kiedy zapytałam jak wygląda podanie o urlop ojcowski po porodzie. W wyobraźni widziałam już, jak dziecko choruje, a ja czekam aż mąż wróci, żeby pojechać do lekarza. Albo trzeba załatwić jedno ze stu szczepień, a ja… czekam aż mąż wróci. Albo chcę pojechać z dzieckiem na zajęcia dla młodych mam, już się pakuję, dresy, woda, buty na zmianę, ręcznik, no i dla dziecka pieluchy, chusteczki, butelka, mleko, zabawka, tetra… no i nie jadę, bo do tramwaju się nie zapakuję z tym całym majdanem, a przecież NIE MAM PRAWKA. Tak, wiem, powiecie, że kiedyś ludzie sobie jakoś radzili, a w wyjątkowych sytuacjach są przecież taksówki. No i racja, do lekarza można przecież zamówić taksówkę, ale co będzie potem, jak dziecko podrośnie – będę je codziennie zawozić na basen, angielski, szermierkę i korki z matmy taksówką?! I kolejna myśl: p r z e c i e ż  m a m y  s a m o c h ó d  w y s t a r c z y  t y l k o  z r o b i ć  p r a w k o ! !

Jak zaliczyć egzamin na wielki brzuch

Okazało się jednak, że ukończenie przeze mnie kursu wcale nie oznacza chęci podejścia do egzaminu. Prawdopodobnie cały mój misterny plan pt „Zrobię to jak będę na L4″ spaliłby na panewce, gdyby nie mój mąż, który pewnego wieczora powiedział do mnie i mojego wielkiego brzucha: „Ty już nie zrobisz tego prawka”. Och, tego właśnie potrzebowałam, to była dla mnie woda na młyn, a raczej płachta na byka – bo kto choć raz ciut bliżej poznał kobietę w zaawansowanej ciąży, wie o czym mówię – ja nie zrobię?? To zobaczysz – tak sobie wtedy pomyślałam. I dwa tygodnie przed porodem siedziałam w czerwonej egzaminacyjnej toyocie yaris, a egzaminator zapewne modlił się, bym nie urodziła na jego zmianie. Zdałam. Co prawda za drugim razem, ale nie było najgorzej.

Głośno się śmieję

Teraz z tych wszystkich obaw i nieuniknionych kłopotów nie pozostało dosłownie nic – lekarza i gabinet szczepień mamy dziesięć minut spacerem od domu, do pracy chodzę pieszo, bo to szybsze niż próba zaparkowania w centrum, a kiedy idę na siłownię na zajęcia „dla mam”, dziecko zostaje z mężem, bo okazuje się, że jednak też potrzebuję czasem pobyć sama. No i kto się spodziewał, że córka nie będzie tolerowała jazdy samochodem (w końcu „wszystkie” dzieci jak tylko wsiądą, zasypiają) i po kilku dramatycznych zapowietrzeniach z płaczu, żadne z nas nie odważy się jechać gdziekolwiek z dzieckiem samochodem sam na sam…? Głośno się śmieję, kiedy po raz kolejny przyłapuję się na tym, że znów coś sobie zaplanowałam, zaprogramowałam, a Bóg rozwiązał to inaczej… Tak czy siak, dobrze jest mieć prawo jazdy.

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!