Czego boimy się w coachingu?

30/04/2015, Agnieszka Menet

W mojej pracy coacha zastanawiałam się niejednokrotnie nad prostym pytaniem: jeśli coaching to takie cenne narzędzie, które pozwala znaleźć odpowiedzi na różne nurtujące nas pytania, pozwala podjąć decyzję, wokół której chodziliśmy od dłuższego czasu jak pies wokół jeża, pozwala wpaść na pomysł, jak w końcu zrealizować własne marzenia, to dlaczego, kurczę blade, tak wielu Iksińskich cmoka i kręci głową z powątpiewaniem, kiedy napotyka na swojej drodze coacha, który mógłby znacznie przysłużyć nam się do tego, by przestać mówić: „gdyby tylko…. to”, a zamiast tego w końcu zacząć działać?

Zadałam sobie to pytanie i niczym pomysłowy Dobromir w starej, polskiej kreskówce, doznałam nagłego olśnienia. W tym pytaniu tkwi odpowiedź! Choć nie jest to cała prawda o naszym strachu przed tajemniczym coachingiem…

Działanie boli

Oj, boli… O ileż przyjemniej jest móc zasiąść z przyjaciółmi w bezpieczeństwie i spokoju czterech ścian swoich, albo korporacyjnej kuchni, tudzież innego lokalu sprzyjającego długim Polaków rozmowom, ponarzekać, jaki to ten świat straszny, jaki niewdzięczny, jakie życie jest trudne i bolesne. Na nic nie mamy czasu, szef jest głąbem, który ciągle czegoś od nas wymaga, żona nie rozumie i wciąż pokrzykuje, drożyzna okrutna, człowieka na nic nie stać, nawet pogoda przeciwko nam, więc jak tu żyć, panie premierze, jak tu żyć? Kochamy narzekać, bo jesteśmy wtedy panami sytuacji, nikt nie zarzuci nam, że nie mamy racji, bo wszyscyśmy w podobną, dramatyczną sytuację uwikłani. Jakże tu marzenia realizować, jak już nic nie da się zrobić. Lepiej kabaret w telewizji obejrzeć, przynajmniej się człowiek pośmieje z tej drętwej rzeczywistości. A tymczasem, gdyby taki coach nas dopadł w swoje ręce, mógłby jeszcze przypadkiem pokazać, że z moim życiem da się coś zrobić! No jakże to tak? Cel mi pomoże określić, plan działania każe zbudować, małymi krokami zbliżać się do tego celu, a jak już plan gotowy, to wypadałoby go realizować. I co? Zamiast w sobotę spokojnie przed telewizorem siedzieć, a w poniedziałek na kawie z kolegami z biura ponarzekać, miałbym pot z siebie wylewać i zacząć coś robić?

A co ja mogę?

Coacha należy unikać, bo chciałby nam wmówić, że mamy na coś wpływ. Życie bajką nie jest, w twardej rzeczywistości przyszło nam tkwić, same układy dookoła. No bo ten Krzychu z trzeciego piętra, ten to ma dobrze. Co chwilę na wyprawy po świecie jeździ, pewnie kasy ma jak lodu, to sobie może podróżować. Jak bym miał tyle co on, to też bym tak robił. Kocham świat zwiedzać przecież! A Baśka, koleżanka z liceum, to już drugą firmę zakłada. Szczęście miała, znajomości, to jej się ułożyło jak trzeba. Jak bym miał szczęście takie, to też bym pracę zmienił, bo tu już mi obmierzło od dziesięciu lat to samo stanowisko. Przecież to wszystko nie ode mnie zależy, ja szczęścia w życiu nie mam, pieniędzy też niewiele, to co ja mogę?

A nuż coach spróbuje swoimi sztuczkami udowodnić, że jest inaczej? Pokaże, że mogę jakieś decyzje podejmować, że moje przekonania mnie ograniczają, a nie rzeczywistość dookoła?

Chciałbym, ale się boję

A jak się okaże, że faktycznie coś mogę zmienić, że jak zadziałam, to marzenie zrealizuję i życie sobie w końcu poukładam? Co wtedy? Zmiany są niebezpieczne, człowiek nie wie, co go może wtedy spotkać. Lepiej nie podejmować ryzyka, bo się można oparzyć. Że ja się boję? Nie, to nie strach, to rozsądek. Tylko tak czasem mnie cholera bierze, jak ten Zbyszek z marketingu na szybowce znowu się wybiera, a ja zawsze chciałem latać… A  szwagier już trzeci raz awansował w tamtej firmie, w której podobno ciężko stanowiska się dochrapać, ciekawe projekty realizuje, zawsze mi się takie podobały…

Czy tylko o coaching tu chodzi?

Nie tylko. To jedno z narzędzi, skutecznych jak mogłam się niejednokrotnie przekonać, na swoim i innych przykładzie, do tego, by wprowadzić w swoim życiu zmianę, która może uczynić je piękniejszym i bardziej spełnionym. Jedynym warunkiem, by to się stało, jest rzeczywiste pragnienie wprowadzenia jej w życie! Tak często powstrzymują nas przed tym nasze własne przekonania o niemocy, braku wpływu na otaczającą rzeczywistość, poczucie bezradności, albo strach, że zmiana może zaburzyć ustalony, często znienawidzony, ale przecież znany rytm! Łatwiej jest bujać w obłokach i wyobrażać sobie siebie w wymarzonych okolicznościach, trudniej chwycić ster w swoje ręce i zacząć działać, bo to wymaga wysiłku, wytrwałości, czasem rezygnacji z wygody, a najczęściej wyjścia ze strefy komfortu, w której tkwimy na własne życzenie.

A o co chodzi?

Bynajmniej nie o ślepe nadążanie za innymi, chęć posiadania tego co inni, robienia kariery takiej jak inni. Tak trudno jest czasem dotrzeć do sedna tego, kim jesteśmy i co chcielibyśmy w życiu osiągnąć, gdzie być i co robić. Łatwiej rozprawiać o tym, co by było gdyby, trudniej znaleźć trop i nim podążać. A może właśnie czas na to, by dać się zainspirować? By sięgnąć po narzędzia, nieważne czy to będzie coaching, czy cokolwiek innego, które pomogą nam przestać patrzeć z zazdrością na innych i zacząć realizować marzenia, żyć w pełni, zerwać z czymś, co nam doskwiera i podążyć za pragnieniami?

Julia Cameron w swojej książce „Droga artysty” przytacza rozmowę z jednym ze swoich kursantów, który całe życie marzył o nauce gry na fortepianie, ale wciąż bał się podjęcia wysiłku i poniesienia ewentualnej porażki:

„Pytanie: Wiesz, ile będę miał lat, zanim nauczę się grać na fortepianie?

Odpowiedź: Tyle samo, co wtedy, kiedy się nie nauczysz.”

Kluczem są nasze rzeczywiste pragnienia i decyzja o zmianie. Żadne narzędzie świata wymyślone przez genialnych konsultantów nie zastąpi naszego działania. Nieszczęsny coaching pokazuje bardziej niż inne narzędzia, jak trudno nam zmobilizować samych siebie. Czego najbardziej się w nim boimy? Wyłącznie samych siebie.

Agnieszka Menet

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!