Chrześcijanin, czasami ateista

19/03/2015, Piotr Zawadzki

Wojna z ateistami trwa. Ludzie wiary mnożą książki, wykłady, artykuły, kazania by wymierzyć ateizmowi śmiertelny cios. Jest to szlachetna walka o wiarę i podstawowe wartości (przynajmniej z naszej perspektywy). Szlachetna jak i naiwna – szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Bóg świetnie sam się broni. W samym epicentrum tego konfliktu zapominamy o otrzeźwiającym nas jak zimny prysznic fakcie, że czasami najgorliwszym chrześcijanom brakuje wiary i chwilami ocierają się o… ateizm.

Wystarczy, że każdy gorliwy wierzący przez chwilę spojrzy na siebie z boku i przeanalizuje swoje postawy i myśli a dojdzie do wniosku, że czasami niewiele brakuje mu do podejścia ateisty. Mamy te same dylematy, te same pytania, te same wątpliwości. Są dni kiedy nasza wiara i wskazówki Biblii wystarczają by rozwikłać ten cały bałagan, ale są też chwile kiedy modlitwa wydaje się być nużącym monologiem a wiara – samooszukiwaniem się.
Zaczynam myśleć jak ateista gdy…

1. Kiedy myślę o konkretnym cierpieniu i śmierci

Ostatnio dowiedziałem się o dwóch tragicznych sytuacjach. Pierwsza to choroba młodego, żonatego człowieka – nagła, niezapowiedziana białaczka. Druga tragiczna sytuacja to śmierć aktywnego mężczyzny – znajomego mojej żony. Zmarł w samolocie, który od razu po starcie uderzył w ziemię i eksplodował. Wraz z nim zginęło wielu innych.  Czy ta choroba i śmierć ma jakiś sens? Czy taka jest wola Boga? Te pytania mnożą się w głowie szczególnie wtedy, gdy zaczynają dotykać nas lub naszych bliskich. Wiem, że Bóg jest dobry, wierzę też w możliwość nadnaturalnego uzdrowienia (jako charyzmatyk), a mimo to w takich sytuacjach toczę bój o wiarę a slogany, nawet poparte Biblią, bardziej mnie śmieszą niż pokrzepiają. Wobec takich tragedii pozostaje głusi i niemi, pozbawieni jasnych, populistycznych odpowiedzi. No może poza jedną – „Nie wiem!”. Ale czy ta odpowiedź kogokolwiek satysfakcjonuje?

2. Kiedy moja wiara się nie sprawdza

Pod wpływem ewangelistów różnej maści – szczególnie charyzmatyków z ruchu wiary wyznaję pozytywne zmiany w moim życiu. Często wiara przynosi przełom, czasami nawet od razu. Są jednak inne przypadki, które rozbijają system, gdy wiara NIC nie zmienia. Mimo, iż proszę – nie dostaję. Szukam – i nie znajduję. Czasami od wielu lat. W takich sytuacjach moja wiara maleje. W takich sytuacjach czuję się zawiedziony swoim chrześcijaństwem i obwiniam się o egoizm i naiwne myślenie życzeniowe. Wiem, że Bóg nie działa jak magiczna różdżka.  Z drugiej strony tak wiele wydarzyło się przez wiarę. Jak znaleźć złoty środek? Jak innym mówić o wierze skoro sam czasami doświadczam w tej dziedzinie porażek? W takich sytuacjach lepiej rozumiem ateistów, którzy patrzą na tą gimnastykę wiary z przymrużeniem oka.

3. Kiedy przestaję cokolwiek czuć

Moment mojego nawrócenia był pełen emocji – łzy, radość, poczucie totalnego przebaczenia i akceptacji. Tyle uczuć… Wtedy skory byłem lansować hasło, że wiara to ZAWSZE doświadczenie (szczególnie z kazalnicy). Teraz, po latach, nie mam już takiej pewności. Czasami wiara to poczucie zupełnego braku emocji, doświadczeń, czucia Boga. W takich chwilach rozumiem ateistów, mówiących o tym, że jeśli Bóg jest realny to powinien być też doświadczalny- rozumiem ich bunt. Dramat polega na tym, że Bóg bywa doświadczalny… ale nie zawsze. Czasami pozostajemy z Jego milczeniem. Czasami pozostajemy jakby osamotnieni – wiara mówi nam o Jego obecności, ale mówi o tym na sucho, jakby bez przeżycia, skromnie, pokornie.

4. Kiedy widzę swoje upadki i upadki innych

Ateiści bardzo często argumentują, że Boga nie ma, ponieważ Kościół jest pełen kłamców i hipokrytów. Kiedyś się z tym zgadzałem, do czasu aż stałem się chrześcijaninem. Potem na nowo zakochałem się w Kościele (miłość ta czasami miała nawet znamiona bałwochwalstwa). Z czasem nabrałem w tym zauroczeniu trzeźwości i zacząłem dostrzegać prawdziwych ludzi pod warstewką chrześcijańskich przeżyć i zachowań. Okazało się że wielu z nich nadal walczy z grzechem i niedoskonałościami charakteru. Podobnie jak ja. W chwilach kiedy widzę, że mój charakter stoi w miejscu, kiedy po raz kolejny przegrywam z grzechem w swoim życiu czy widzę przegraną innych wierzących lepiej rozumiem argumenty ateistów. Nie poddaję się jednak, ponieważ wierzę, że Bóg zamienia grzesznika w świętego.

Oczywiście moje ateistyczne okresy, czy momenty, NIE SĄ czymś permanentnym, nie są też w żadnym stopniu przesycone niechęcią do Boga. Kocham Go.  Te momenty to czas głębokiego niezrozumienia Jego tajemnic, momenty zagubienia w Jego woli, momenty bez uczuć i wiary. Myślę, że mam takie chwile i czasy miedzy innymi dlatego, aby zrozumieć każdego kto jeszcze nie wierzy. Innym powodem jest lekcja pokory i współczucia – których wiecznie mi brak. Stąd moje zrozumienie dla ateistów, utożsamienie się z nimi a czasem nawet współczucie – szczególnie dla tych, którzy chcieli by wierzyć, ale nie potrafią (serdeczne współczucie a nie faryzejskie!). Rozumiem te dylematy i czasami wydaje mi się, że znam na nie odpowiedzi, czasami natomiast czuję się jak dziecko we mgle, zupełnie zagubiony, śmieszny, bezsensowny.

Często ateistyczny bunt wynika z nieuświadomionego pragnienia Boga – ale nie takiego jarmarcznego, żenującego, lecz Boga realnego – takiego jakim On rzeczywiście jest – bez naiwności i lukru. Wierzę, że wielu po czasie buntu, odnajdzie miłość.

Źródło: www.respiracja.blogspot.com, Piotr Zawadzki

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!