Choinki, karpie i koniec świata, czyli po co komu potrzebny adwent?

07/12/2015, Katarzyna Błaszczyńska

Czy warto czekać na Jego PRZYJŚCIE?

Słowo „adventus” pochodzące z łaciny rzeczywiście oznacza „przyjście”, w Kościele określa początek nowego roku liturgicznego. Okres ten trwa od I nieszporów czwartej niedzieli poprzedzającej dzień Bożego Narodzenia do zmierzchu Wigilii, czyli po prostu cztery tygodnie przed świętami. W tradycji wiary chrześcijańskiej czas adwentu nazywany jest czasem oczekiwania na ponowne przyjście Jezusa. Dopiero całkiem niedawno uświadomiłam sobie, a właściwie zrobił to jeden z ojców Dominikanów, że adwent nie przygotowuje nas do Bożego Narodzenia i uroczystości z tym związanych, ale do… końca świata i naszej śmierci. Brzmi dosyć brutalnie i dosłownie, ale tak właśnie jest, skoro Jezus ponownie ma przyjść w czas Bożego sądu. Zapewne łatwiej przymrużyć na to oko i potraktować ten czas jako radosne oczekiwanie na choinkę, prezenty i karpia, ale może warto się przy tej okazji potrudzić i zadać sobie pytania – czy na pewno czekam, jeśli tak to na kogo i czy chcę, żeby ten Ktoś przyszedł już teraz?

Czy muszę się umartwiać?

Będzie wśród nas także grupa osób, neofitów, bądź bardzo zaangażowanych w sprawy wiary i jej rozwoju, która postanowi traktować ten czas z najwyższą powagą jako okres wyrzeczeń i narzuconych przez siebie postanowień. Nie zapominajmy jednak, że święta Wielkiej Nocy są dużo przed nami i nie należy mylić adwentu z okresem Wielkiego Postu. Nie jestem osobą autorytarną w tej kwestii, ale intuicja podpowiada mi, że każdy duchowny potwierdzi zdecydowaną konieczność odróżnienia czasu umartwiania od oczekiwania. Naturalnie sama staram się wymyślić dla siebie jakieś ambitne postanowienia, ale ktoś mądry powiedział mi kiedyś: Nie odejmuj, a dodawaj! Bo czy nie lepiej zamiast narzucania sobie stosu wyrzeczeń, zmobilizować się do jakiegoś nowego wyzwania, a zamiast unikania czekolady, po prostu się pomodlić, zrobić coś dobrego, albo zwyczajnie się uśmiechnąć…? Jeśli ze szczerym sercem wyczekujemy momentu Jego przyjścia, a więc i końca świata, choć brzmi to katastrofalnie, jest to przecież powód do radości, nie smutku i utrapień.

A co jeśli nie wierzę i nie czekam?

Wystarczy się rozejrzeć wokół, aby zauważyć, że niewielu ludzi traktuje czas adwentu jako wyjątkowy. Nie chcę powtarzać starej melodyjki o tym, że nasze konsumpcyjne społeczeństwo skupia się tylko na materialnym obliczu Wigilii, pomijając aspekt duchowy. Bez żadnych złych intencji, wielu z nas traktuje ten czas po prostu jako okres przygotowania do Bożego Narodzenia, a co za tym idzie zgromadzenia większych funduszy na świąteczne wydatki, zrobienia prezentów, kupna choinki czy wystrojenia domu. Prozaiczne, ale potrzebne. Tylko czy wystarczające? Każdy z nas zapewne ma wśród swojej rodziny czy przyjaciół ludzi bardziej i mniej związanych z wiarą lub takich, którzy nie interesują się nią w ogóle. Myślę jednak, że nie trzeba być osobą szczególnie zaangażowaną religijnie, aby uczynić ten czas dla siebie i swoich bliskich wyjątkowym. W końcu i tak większość z nas spotyka się przy wigilijnym stole w odświętnych ubraniach z opłatkiem w ręku, licząc czy na pewno jest dwanaście potraw i wolne nakrycie dla gościa – jest to część nie tylko naszej tradycji chrześcijańskiej, ale także tej przez duże T, przynależnej do miejsca i czasu, w których żyjemy. Dlaczego by więc nie stworzyć lub chociaż postarać się o rodzinną przytulną atmosferę, w której wszyscy będą czuli się bezpiecznie…?

„A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”

– śpiewał Krzysztof Cugowski z Budką Suflera. Oto odpowiedź dla wszystkich, którzy borykają się z wątpliwościami po co komu adwent, czy post, zupełnie jakby dziwili się dlaczego są cztery pory roku, albo dzień i noc. Wszystkie te okresy liturgiczne, nie są wymysłem Kościoła, czy duchownych, którzy chcą po prostu poprzebierać się w różnokolorowe sukienki. Rok liturgiczny, tak samo jak ten kalendarzowy podzielony jest na poszczególne etapy. I jak po uciążliwie mroźnej zimie, z niecierpliwością czekamy na pierwsze promienie wiosny, tak po okresie każdego postu, niezależnie czego by nie dotyczył, świętowanie ma bardziej wyraźny smak. Nie dotyczy to przecież tylko sfery duchowej. Jeśli długo nad czymś pracujemy, wkładamy w to wszystkie swoje siły, czy nawet poświęcamy pozostałe sfery naszego życia dla jednej sprawy – o ile przyjemniej smakuje później sukces, niż gdybyśmy to samo osiągnęli bez wysiłku. Tak jak czas Wielkiego Postu chrześcijanie łączą z wstrzemięźliwością i umiarkowaniem, by po czterdziestu dniach cieszyć się ze Zmartwychwstania Jezusa; okres adwentu wydaje się być dobrym momentem na własne udoskonalenie, samorozwój, dążenie do świętości, by kiedy On naprawdę przyjdzie być gotowym na spotkanie. Zaryzykuję stwierdzeniem, że taka harmonia każdemu z nas jest potrzebna i bez niej bylibyśmy zapewne gnuśniejącymi malkontentami. A Pan Jezus każdego roku zachęca nas przez blisko cztery tygodnie adwentu, byśmy wzięli życie w swoje ręce i stawali się coraz mocniejsi w wierze i więksi w byciu dobrym Człowiekiem.

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna Błaszczyńska

Katarzyna i Bartłomiej Błaszczyńscy. Jedno ciało i jedno pióro. Rodzice pewnej Zojki. Dzieci pewnego teatru.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!