Chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze

18/11/2016, Dorota Blumczyńska

Jest takie powiedzenie – “dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”. Co prawda teologicznie jest ono wielką bzdurą, ponieważ według Biblii zbawienie nie zależy od intencji, mówi jednak ono dość dużo o naturze naszych szlachetnych zamiarów. Tak często przecież się zdarza, że chcąc dobrze osiągamy efekty zupełnie odwrotne do naszych zamierzeń. Dla mnie rodzi to wiele pytań. Dlaczego tak się dzieje? Skoro dobre intencje nie są wystarczające, czym jeszcze się kierować? I wreszcie czy dobre chęci mogą być usprawiedliwieniem naszych porażek?

Splątanie intencji

Pierwszym problemem, dla którego ciężko jest nam jednoznacznie ocenić swoje intencje, jest fakt, że z reguły nie towarzyszy nam tylko jedna. Często jest tak, że jedną z nich odczuwamy na tyle silnie, że zupełnie nie bierzemy pod uwagę, że możemy mieć jakiekolwiek inne. Tym bardziej, że z części nie chcemy sobie zdawać sprawy, ponieważ wolimy myśleć o sobie jak o jednostkach dobrych i szlachetnych. Kiedy wychowujemy dziecko i dbamy o jego rozwój, lubimy myśleć, że chodzi nam tylko i wyłącznie o jego dobro, ale czy na pewno? Czy nie zależy nam również na tym, że z posłusznym dzieckiem łatwiej się żyje, albo że z dobrze wykształconego dziecka z licznymi osiągnięciami możemy być dumni? Albo – jak często zaspokajając jego potrzeby, rekompensujemy sobie własne niedostatki z dzieciństwa?

Problem z rozpoznaniem sytuacji

Czasem jesteśmy tak skupieni na własnych uczuciach i zamiarach, że nie zauważamy czy podejmując określone kroki, dojdziemy rzeczywiście tam gdzie chcemy. Kiedy nadmiernie koncentrujemy się na intencjach, zdarza się, że nie bierzemy pod uwagę wielu innych rzeczy, koniecznych do zrealizowania zamierzonego celu. Chcąc pomóc przybitej przyjaciółce, możemy dla przykładu próbować ją “rozerwać” czy “rozruszać”, zabierając na zakupy, do kina czy do miasta, podczas gdy ona tak naprawdę potrzebuje ciszy, odpoczynku i wspierającej rozmowy. Mamy problem z rozpoznawaniem sytuacji z wielu powodów, ale mi najczęstsze wydają się trzy.

Bezrefleksyjne działanie, czyli po prostu nie myślimy! Czy to z powodu lenistwa, czy chęci szybkiego działania, czy też nadmiernej koncentracji na emocjach, w ogóle nie zastanawiamy się nad tym, co zamierzamy zrobić, tylko płyniemy na fali swojej dobrej intencji. Czasem prosto do szamba 🙂
Nastawienie egocentryczne, tak, kierując się dobrymi zamiarami, również można być egocentrykiem. Oznacza to tyle, że na sytuację zawsze patrzymy ze swojej perspektywy. Myślimy o tym, jak MY czujemy się w danej sytuacji, co NAM by pomogło, co MY byśmy zrobili. Tymczasem jeśli nasze dobre intencje mają mieć szansę powodzenia i przysłużyć się drugiej osobie, musimy spojrzeć na sytuację z jej perspektywy.
Brak wystarczających danych, lubimy zakładać, że doskonale rozumiemy sytuację, że znamy się na wielu rzeczach i ignorować fakt, że nie wiemy wszystkiego. Wówczas podejmujemy szybkie działania, których skutki mogą być odwrotne do zamierzonych.

No przecież chciałem dobrze….

Bardzo wiele razy słyszałam takie usprawiedliwienie, zresztą pewnie równie wiele razy sama je stosowałam. No przecież chciałam, tylko jakoś tak, nie wyszło. Przepraszam. Wybaczano mi, ja też wybaczałam. Tylko dla mnie sęk leży nie w tym kto zawinił i komu można wybaczyć, ale w tym, żeby coś się zmieniało.

Nie można całe życie odtwarzać identycznych sytuacji i popełniać dokładnie takich samych błędów, zasłaniając się dobrymi intencjami. Kiedy ktoś po raz kolejny zawala, mówiąc, że chciał dobrze, a widzę, że nie poświęcił czasu, żeby się zastanowić nad problemem, że zastosował metodę, która już dziesięć razy okazała się nieskuteczna, albo że zupełnie nie wziął pod uwagę drugiej osoby, a potem przychodzi z rozłożonymi rękoma i rozbrajającym uśmiechem, mówiąc: “Przepraszam, chciałem dobrze”, to krew się we mnie gotuje.

Tyle, że … wszyscy to czasem robimy.

Potrzebujemy luster

Oczywiście, możemy próbować unikać takich sytuacji, zdając sobie sprawę z mechanizmów, które nami rządzą, skupiać się i analizować sytuację. Możemy korzystać z doświadczenia, żeby nie popełniać więcej podobnych błędów. Kierować się empatią, żeby zrozumieć innych. Jednak dalej będziemy mieć pewien problem.

Dziewczyny, wyobraźcie sobie, że próbujecie się pomalować bez lustra (mężczyźni będą tu musieli właśnie użyć empatii, bo nie przychodzi mi do głowy nic równie trudnego 🙂 ). Jakbyście się nie starały i nie skupiały, nie jesteście w stanie tak wykręcić głowy ani oczu, żeby dostrzec swój makijaż. Duża wprawa w malowaniu się na pewno pozwala to zrobić dobrze, ale nigdy perfekcyjnie. Tak samo jest z patrzeniem na siebie, swoje intencje i czyny. Ogranicza nas zbyt wiele wyuczonych schematów myślenia i mechanizmów obronnych. Potrzebujemy luster.

Są inni ludzie, którzy mogą nam pomóc spojrzeć na siebie bardziej rzetelnie. Wydaje mi się, że dzieci, są w tym szczególnie dobre, po pierwsze ze względu na swoją prostoduszność w patrzeniu na świat, ale też dlatego, że nie są jeszcze nauczone społecznych reguł, nie wiedzą, że czegoś się nie powinno mówić, albo o coś pytać. (Właśnie, gdy napisałam to zdanie, kasując je i pisząc pięć razy od nowa, moja trzyletnia córka orzekła z namysłem “Coś Ci nie wychodzi to pisanie!” 🙂 )

Są też różne mądre książki i opowieści, w których możemy znaleźć odbicie siebie samego, a nawet sposoby jak walczyć z własnymi niedoskonałościami.

Z pewnością warto po to wszystko sięgać, stale nad sobą pracować i się rozwijać. Wszystko to jednak należy do tego samego świata. Choć możemy odnaleźć jak najwięcej różnych perspektyw, każda będzie mniej więcej tak samo niedoskonała, jak nasza własna.

Iluminacja

Wierzę, w to, że poza naszym systemem, istnieje Ktoś o prawdziwym spojrzeniu na rzeczywistość. I że On, w chwilach łaski, zsyła nam rzadkie momenty oświecenia, w których możemy spojrzeć jasno, na pewne kawałki siebie. Odkryć prawdziwe intencje i wiedzieć, co należy robić. Mówi, że gdy trwoga to do Boga, ale ja myślę, że zanim wszystkie nasze sposoby zawiodą, warto czasem zgiąć kolana i, po prostu, poprosić o mądrość.

Dorota Blumczyńska

Dorota Blumczyńska

Prywatnie żona Bartka i mama małej Łucji. Skończyła teologię w Ewangelikalnej Wyższej Szkole Teologicznej i psychologię w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Obecnie mieszka we Wrocławiu, gdzie większość dnia poświęca na opiekę nad córką i domem. Resztki czasu próbuje przeznaczać na kontemplowanie świata i pisanie o tym. Wielbicielka przyrody, ziół i dobrych opowieści.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!