Cancel culture – kultura, w której żyjemy?

30/07/2021, Kornelia Arndt

Ten artykuł zaczęłam pisać pół roku temu. Dziś, nie zachowując niczego sprzed tych paru miesięcy, powracam do tego tematu, bo pewne usłyszane słowa, pokazały mi, że ten temat jest wciąż aktualny i że – pomimo złożoności – warto go poruszyć także tutaj. 

Czym jest cancel culture? 

Cancel culture to zjawisko społeczne, które pojawiło się w latach 90. w swojej najwcześniejszej fazie, a ściśle związane było (i jest) z poprawnością polityczną (czyli tym, czego wolno lub nie, by nikogo – tutaj: żadnej grupy lub jednostek – nie urazić ze względu na rasę, religię, etniczność, seksualność itp 1). 

Samo pojęcie cancel culture we współczesnych społeczeństwach zachodnich regularnie zaczęto używać stosunkowo niedawno. Rozwój tego zjawiska związany jest, w przeważającej mierze, z rozwojem technologii i nielimitowanym dostępem do mediów społecznościowych lub innych form komunikacji w trybie online. (W istocie cancel culture istnieje w historii od wieków, lecz po innymi nazwami i znaczeniami – to nie tylko grecki ostracyzm, ale także prześladowania przez systemy np. polityczne, co obrazuje złożoność znaczenia tego terminu). 

Czym jest cancel culture, tłumacząc najprościej? Na początku należy zaznaczyć, iż w języku polskim nie istnieje adekwatny odpowiednik tego sformułowania, stąd zapewne fraza ta wejdzie do naszego języka jako zapożyczenie. Cancel culture to najprościej tłumacząc kultura anulowania, odrzucania, a nawet zapomnienia. To współczesny grecki ostracyzm, lecz już niespisywany imiennie na kamiennych tabliczkach przez obywateli – o nie, my poszliśmy dalej, po prostu wymazujemy, niczym Pomysłowy Dobromir, za pomocą magicznego ołówka z gumką, każdego, kto uczynił coś złego, obraził kogoś, wypowiedział kilka niestosownych słów. Często wraz z tym procesem – a właściwie lepiej powiedzieć: aktem (bo trudno to nazwać stopniowym działaniem rozciągniętym w czasie) – nie bierze się pod uwagę szerszego kontekstu i żadnych wyjaśnień „skazanego”. 

Stąd „wymazanych” z przestrzeni publicznej zostało już wiele celebrytów, wszelakich gwiazd, sportowców, aktorów – każdego, kto posłużył się mediami społecznościowymi lub innym przekazem skierowanym do swojej społeczności (i nie tylko) do proklamowania słów, które zostały źle przyjęte, lub były niestosowne. 

Czy należy odwołać cancel culture (cancel cancel culture)? 

Nie wiem, czy odpowiem na to pytanie całkowicie. Jest to bardzo złożona sprawa, na którą należałoby poświęcić co najmniej kilkustronicowy artykuł naukowy lub podobne opracowanie. Artykuł na mniej niż 2000 słów nie wystarczy, lecz wierzę, że Czytelnicy są na tyle otwarci, że przytaczając odpowiednie argumenty za i przeciw sami wyrobią sobie swoje zdanie. 

Samozwańczy „watchdogs” i „gatekeepers” Internetu. 

Te pojęcia używane są zwykle w kontekście medialnym lub politycznym, więc nie będę tłumaczyć ich definicji poprawnie, lecz posłużę się nimi do krótkiej ilustracji (zachęcam do zapoznania się jednak z prawidłowymi definicjami tych pojęć). 

Wiele osób krytykowało Internet, jako narzędzie pozbawione kontroli. Oddane w ręce ludzi, niekiedy dość nieracjonalnych, którzy zrobili z niego niebezpieczne wirtualne miejsce (patrz: Dark i Deep Web). Stąd wiele osób samoistnie – jeszcze przed powstaniem ograniczeń wprowadzonych przez konkretne platformy, np. Facebook, Google (bo samego internetu kontrolować się nie da) – uważało się za „strażników internetu”, wielkich obrońców, którzy nie pozwolą na nadużycia. W efekcie jednak sprowadza się to tylko na odpisywaniu na komentarze i prowadzeniu bezsensownych dyskusji internetowych, pozbawionych konsensusu czy rozwiązania. W końcu to w Internecie mamy całkowitą kontrolę – trudno jest zbyć (a przecież wiele osób i tak to robi!) racjonalny argument w rozmowie face to face. W Internecie ten problem znika, nie trzeba czytać niemiłego, konfrontującego komentarza, tylko kontynuować zgodnie ze swoim przekonaniem, kolejne wywody, bez żadnej samorefleksji. 

Cancel culture oferuje rozwiązanie, po które sięgnęło wiele osób (czasem zbyt pochopnie). Ma to jednak jakiś sens – pozbawienie wpływu osoby, jej społeczności, sprawi, że faktycznie będzie musiała, chociaż przeprosić (nawet jeśli nieszczerze) i w najlepszym razie zastanowić się nad swoim zachowaniem i przekonaniami. Jednak z drugiej strony – działa to tylko wśród tych, którzy cieszą się jakąś oddaną społecznością. Posługując się ilustracją: jeśli jakiś Xyx123 pisze w internecie okropne komentarze, możesz go „zcancelować” (że posłużę się takim neologizmem), ale nic to nie da – przecież go nie znasz, dodatkowo nie pisze tego pod swoim imieniem, ale pod nic niemówiącym pseudonimem. Więc anulowanie go w istocie mija się z celem – można to zrobić, ale ta osoba raczej nie odczuje konsekwencji swoich czynów w ten sam sposób, gdyby była znana w internecie pod swoim prawdziwym nazwiskiem. W internecie możemy być anonimowi (przynajmniej do pewnego momentu). Inaczej rzecz ma się, kiedy taki czyn popełnia ktoś sławny. Wtedy ma to jakiś impakt na społeczeństwo – kilka niechybnych, zbyt szybkich słów mogą wywołać sporą aferę. 

Wtedy wchodzą internetowe samozwańcze „watchdogsy” i „gatekeeperzy” w postaci zwykłych internautów, często zachęcanych przez inne znane osoby i proszę, bam, odwołujemy kogoś z życia publicznego. Czasem jest to zasadne – np. kiedy ktoś wprost pisze nienawistne komentarze lub tweety pełne rasizmu, czy niebezpiecznych idei politycznych lub podobnych, pokazując kompletny brak myślenia, często też i wiedzy, a przede wszystkim: miłości i życzliwości dla innych. 

Czasem jednak „anulujemy” ludzi bezzasadnie, bez spojrzenia na szerszy kontekst lub próbę dialogu (w którego moc, ja przynajmniej, zawsze wierzę). 

Anulowanie po latach, czyli dlaczego można zapłacić za błędy młodości. 

Usłyszałam ostatnio, w przemówieniu, pewnego rozsądnego człowieka, historię, która być może jest znana dla większej publiczność, a już na pewno dla osób interesujących się jednym z najbardziej tradycyjnych angielskich sportów, tj. krykietem (głównie popularne w krajach należących do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów). 

Pewien młody i bardzo zdolny zawodnik (podobno jeden z najlepszych aktualnie zawodników – chociaż przyznam, czujcie się otwarci mnie poprawiać, gdyż o krykiecie wiem tyle, co mysz o chlebie – wiadomo przecież, że każda szanująca się mysz woli ser), prawie dekadę temu napisał kilka niefajnych (lekko mówiąc), bardzo rasistowskich tweetów. W internecie nic nie ginie – warto o tym pamiętać – więc ktoś znalazł te internetowe rewelacje Pana Robinsona i jak nie trudno się domyślić, użył ich przeciwko niemu.

Pan Robinson na fali hejtu został ofiarą cancel culture. Dlaczego ofiarą? Bo kiedy to pisał uczęszczał jeszcze do liceum i nie był profesjonalnym sportowcem. 

Oczywiście, nikt niezależnie od wieku nie powinien pisać takich rzeczy na mediach społecznościowych – nie ma na to usprawiedliwienia. Nie wiemy jednak jaką drogę od tego osiemnastolatka/dziewiętnastolatka przeszedł ten sportowiec – każdy z nas, patrząc na siebie, wie, ile rzeczy powiedział lub pod wpływem gniewu/chwili/może niestety i alkoholu, napisał i wysłał w nieskończone odmęty przestrzeni internetowej. Dobrze wiemy, ile słów w przypływie braku kontroli jesteśmy w stanie wypluć bezmyślnie, raniąc bliskie osoby. 

Powinniśmy piętnować wszelkie akty nienawiści – przecież jest to kompletny brak zrozumienia, przez to i miłości, a nawet samorefleksji – jednak powinniśmy też spojrzeć na szerszy kontekst, wyciągać wnioski i nieustannie ulepszać swoje zachowanie, przez ciągłą naukę. Nie ma lepszej nauczki dla tego chłopaka niż upokorzenie, jakiego teraz doświadczył – ta lekcja jest bardzo bolesna, być może zbyt bolesna, grożąca zawalenim się całej jego kariery. My jednak (mam tu na myśli ogół ludzi w internecie) nie możemy stawiać się w pozycji „jedynego sprawiedliwego”, oceniając innych i decydując o ich życiu. Dlaczego? Bo jesteśmy dokładnie tacy sami – może w innym aspekcie, może inaczej, ale też nie jesteśmy sprawiedliwi, chociaż raz popełniliśmy coś, co nie pozwala nam spać po nocach. (Należy ten zauważyć, że pan Robinson został stosownie ukarany przez brytyjską federację sportu/krykieta, co należy do odpowiedzialności takich i podobnych organizacji, cechujących się odpowiednim autorytetem i przepisami).

Trzymajcie się teraz. 

Żeby było jasne – potępiam wszelkie działania pełne nienawiści, hejtu i niezrozumienia wobec kogokolwiek. Mimo to powyższa historia to tylko jedna z wielu ilustracji, kiedy przyznanie się do winy, przeproszenie, prowadzi do ulepszenia siebie samego i daje stosowną nauczkę (wydaje mi się, że Pan Robinson był szczery w swoich wystąpieniach, przepraszając i mam nadzieję, że nauczy się nie tylko tego, że nie należy pisać głupot w internecie, ale zrozumie, dlaczego jego postępowanie było złe).

Dlatego wierzę, że nie potrzebujemy cancel culture w formie, w której funkcjonuje teraz, że to nie jest rozwiązanie, że należy to przekształcić lub znaleźć coś innego – coś, co nie będzie takie pochopne, co nie pozwoli niedoskonałym ludziom niszczyć innych niedoskonałych ludzi. I może jestem odosobniona, bo tak, z jednej strony uważam, że trzeba ostro postępować z ludźmi pełnymi nienawiści dla innych, z drugiej wiem jednak, że zasługują na drugą szansę, poprawę i przebaczenie, a przede wszystkim, że ja nie mogę decydować o ich totalnym wykluczeniu (nie czuję się do tego odpowiednią osobą).

Każdy, kto zna historie, wie, dlaczego ostracyzm w Grecji poległ – albo z innych historii, gdy kilka osób uważało się za nieskończenie lepszych od innych, gubiąc się całkowicie we władzy i poczuciu, iż są jedynymi sprawiedliwymi, gotowymi sądzić innych, wcale jednak nie będąc lepszymi. 

Za często wchodzimy w przesadę. Nie potrafimy się wypośrodkować, przez co, wkrótce być może będziemy „anulować”, „usuwać” każdego, kto stanie się niewygodny. Dziś to tylko osoby, piszące bezmyślne tweety pełne głupich treści (i pomimo zasadności walki z takimi praktykami, nie wiem, w jakim stopniu to naprawdę działa), a jutro być może będzie to każdy, kto tylko nie myśli tak, jak jakaś uprzywilejowana, samozwańcza grupa (tak, jak ostracyzm w Grecji, który miał bronić demokracji, a był używany do nieczystych politycznych zagrywek). 

Dlaczego wierzę chrześcijaństwu? 

Ten paragraf tylko na pierwszy rzut oka wydaje się nie pasować. Powodów odpowiadających na to pytanie jest niesamowicie wiele. 

Dlaczego wierzę więc chrześcijaństwu?

Bo proponuje coś, czego nikt nigdy nie zaproponował, bo daje rozwiązanie wszystkich sytuacji w sposób, który mógłby być najpiękniejszym i najpotężniejszym narzędziem w działaniach naprawczych tego świata. Pozwólcie, że przedstawię Wam ilustrację: 

Była sobie kiedyś bardzo poraniona kobieta – prawdopodobnie rozwiedziona lub owdowiała kilka razy, zawstydzona żyjąc wśród ludzi, którzy totalnie ją odrzucili. W południe przychodziła czerpać wodę do studni, co było pod każdym względem nielogiczne, gdyż to wtedy dokuczał największy upał, więc ludzie zwykli chować się w cieniu. Ona jednak wystawiając się na palące promienie słoneczne, pot i wielki ciężar pełnych dzbanów z wodą, codziennie przychodziła do studni o najgorszej godzinie, bo wiedziała, że w południe nie spotka tam nikogo innego. Przez odrzucenie, które czuwała, wolała przychodzić do studni w palący upał, niż rano, gdy okolica była zatłoczona. Pewnego dnia, idąc po wodę, zapewne czuła się bezpiecznie, wiedząc, że będzie sama. Tak jak zawsze zaczęła czerpać wodę i przelewać ją do wielkich dzbanów, gdy nagle usłyszała głos…spojrzała i zobaczyła człowieka pochodzącego z narodu, którego jej lud nienawidził, z którym toczyli nieprzemijający konflikt.

–„Daj mi pić”– poprosił.

– „Jakże ty, będąc Żydem, prosisz mnie o wodę”…

Reszta pozostaje jedną z najpiękniejszych rozmów, jakie kiedykolwiek przeprowadzono i spisano. 

Jezusa nie obchodziły powody, przez które ta kobieta była niegodna, powody, dla których nie była wartościowa w oczach swojej społeczności, nawet nie oceniał tego, jak żyła, bo wiedział, że jeśli tylko uwierzy w Niego, jej całe życie nabierze nowego wymiaru, jej wartość zmieni się, a wstyd odejdzie na zawsze. 

Czasami wszystko rozpoczyna się u studni Twojego największego wstydu. 

Jezus był w centrum wstydu Samarytanki, przy studni, dokąd specjalnie chodziła w godzinie, w której wiedziała, że będzie sama. Koło studni przypominającej jej największy powód wstydu, znalazła przebaczenie i swoją nową wartość. 

To zapewne naiwnie dla wielu, może jest i głupstwem dla mądrych tego świata, ale całkowicie w to wierzę – bo nikt i nic, nie proponuje i nie robi tego, co zrobił Jezus w rozmowie z tą kobietą. Jezus kruszy mury – Twojej własnej niskiej wartości, nieporozumień, konfliktów, odrzucenia, lęku, nienawiści i każdego życiowego brudu, a w zamian wszystko czyni nowym. W Jezusie nie ma czegoś takiego, jak cancel culture, chociaż jako jedyny miałby do tego prawo, będąc jednym sprawiedliwym – mimo to proponuje coś odmiennego. Jezus wie, że ludzie nie zawsze postąpią dobrze, lecz i tak chce być blisko, przebaczyć, dać drugą szansę i okazję do zrozumienia swoich błędów, a przede wszystkim oferuje nowe życie poprzez wiarę i przyjęcie Jego łaski, do której mamy dostęp, dzięki Jego ofierze złożonej za nas na krzyżu. 

 1. Słownik Języka Polskiego, hasło: poprawność polityczna, parafraza własna.

Masz
py
ta
nie?

Dołącz do nas na facebooku!

Fajnie jest czytać ciekawe artykuły. Jeszcze fajniej być częścią grupy, która te artykuły pisze! Komentuj, dyskutuj, nie przegap nowości. Zapraszamy!